O nadejściu oczekiwanego gościa w pierwszej kolejności powiadomiły go zrywające ze swojego legowiska dwa psidwaki po to aby oszczekać drzwi i czekającego za nimi czarodzieja, kiedy ten nacisnął dzwonek. Okryty samym szlafrokiem Philip podniósł się z kanapy, na której wylegiwał się od godziny i nieśpiesznie skierował się ku drzwiom, spod których delikatnie odciągnął swoje zwierzaki. Bez tego w ogóle nie otworzyłby tych drzwi. Nie mógł zaryzykować tego, że uciekną. Miał wystarczająco swoich problemów i naprawdę nie potrzebował następnych w swoim życiu.
Po otwarciu drzwi lekkim uniesieniem brwi wyraził swoje zaskoczenie tym, że odwiedzający go czarodziej okrywał swoją twarz kapturem, jakby obawiał się rozpoznania na ulicach. Zdaniem Philipa tego rodzaju próby ukrycia swojej tożsamości bardziej zwracają uwagę, niż chodzenie z podniesionym czołem. Zmiana w wizerunku samego Giovanniego wskazywała na to, że postanowił zmienić coś w swoim życiu albo nie zdążył ogolić się po swojej długiej podróży.
— Ciebie również. Postanowiłeś na razie zakończyć swoje wojaże? Jeśli szedłeś do mnie z twarzą zasłoniętą tym kapturem to musiałeś mieć sporo szczęścia, o ile naprawdę uniknąłeś przykucia uwagi patrolujących tę ulicę Brygadzistów. Obawiałeś się, że ktoś cię rozpozna? — Zwrócił się do swojego przyjaciela po tym jak zamknął za nim drzwi. Starał się uśmiechnąć, jednak wyszedł mu jedynie wymuszony grymas. Psidwaki, Taffy i Nuggets, postanowiły obwąchać buty czarodzieja oraz zaczęły się domagać powitalnego głaskania. Dostrzegał zmartwienie na obliczu Giovanniego, jednak nie zamierzał tego komentować.
— Czegoś się napijesz? Jakiś poczęstunek też się znajdzie. — Nie zamierzał wychodzić z roli dobrego gospodarza i dlatego zaoferował przyjacielowi odpowiednie przyjęcie.