19.05.2024, 22:57 ✶
Wręcz zawstydzająco długo zajęło czarownicy odkrycie, że wcale nie zaliczyła randez-vous z podłogą. To czy uratowało to bardziej ją czy stary parkiet - to już podlegało nieco innej dyskusji.
Zamiast tego znalazła się w znajomych ramionach, w dodatku wciąż trzymając w rękach swoją zdobycz. Absolutna wygrana jeśli ktoś miał ją spytać.
- Tak naprawdę tylko cię sprawdzałam.- Odparła bez zająknięcia na słowa czarodzieja. Miałaby mu przyznać rację? Niedoczekanie. Kłamała jak z nut, z tym okropnym wszystkowiedzącym uśmieszkiem, którego chyba uczyli każdego prawnika na którymś z etapów jego kariery. Oczywiście. Lorien w tym momencie była gotowa zaklinać się na własne życie, że to wszystko było tylko testem czy mąż ją złapie. Tak naprawdę miała całą sytuację pod kontrolą, mogła zejść “normalnie” jeśli tylko by chciała - a nie chciała, bo jak inaczej mogłaby się upewnić, że Robertowi na niej zależy?
Z drugiej strony czy gdzieś tam, bardzo głęboko zakopana w podświadomości młoda Crouchówna właśnie skakała z radości i chichotała, kręcąc włosy na paluszku, bo właśnie została uratowana jak jakaś księżniczka z wieży? Może odrobinkę...
Uchyliła jedno ślepie, ale znów - przez półmrok i ogólne zmęczenie, widziała wszystko bez jakiś większych szczegółów. Wystarczająco jednak, żeby zlokalizować i ułożyć dłoń na mężowskim policzku. Uśmieszek zmienił się w mniej cwaniacki, może minimalnie kokieteryjny. Wyczuła pod palcami jedno- czy dwudniowy zarost. Szczyt czułości na jaką była w stanie się w stanie wspiąć pani Mulciber.
- Przecież nie pozwoliłbyś mi spa…- zamilkła w połowie zdania.
Chwila moment. Coś jej tu bardzo nie pasowało.
Zarost.
Otworzyła natychmiast oczy, skupiając się na swoim “rycerzu na białym rumaku” nieco bardziej. Zamrugała parokrotnie. Nawet jeśli wpatrywała się teraz w te doskonale sobie znane brązowe oczy - to nie były oczy jej męża. I szlag właśnie trafił bajkę z pięknym happy endem.
Jeśli wzrok mógłby zabić - Richard leżałby martwy na podłodze, a ona wraz z nim, bo wciąż nie zrobiła nic, żeby się z objęć szwagra wydostać.
Ale cofnęła rękę jak oparzona, zaciskając ją z powrotem na książce. Wyraźnie debatowała nad trzaśnięciem swojego wybawiciela tomiszczem przez łeb. Albo przez ramię. To wymagałoby mniejszego wysiłku, ale zwiększało niestety szansę, że zostałaby natychmiast upuszczona.
Poczuła, że jej policzki robią się ciepłe - fantastycznie. Tylko jej rumieńca wstydu i złości tu brakowało.
- Odstaw mnie Richardzie!- Burknęła wyraźnie niezadowolona. Naprawdę tylko tego jej teraz brakowało.- Ale… powoli.- Dodała. Ot tak na wszelki wypadek.
Zamiast tego znalazła się w znajomych ramionach, w dodatku wciąż trzymając w rękach swoją zdobycz. Absolutna wygrana jeśli ktoś miał ją spytać.
- Tak naprawdę tylko cię sprawdzałam.- Odparła bez zająknięcia na słowa czarodzieja. Miałaby mu przyznać rację? Niedoczekanie. Kłamała jak z nut, z tym okropnym wszystkowiedzącym uśmieszkiem, którego chyba uczyli każdego prawnika na którymś z etapów jego kariery. Oczywiście. Lorien w tym momencie była gotowa zaklinać się na własne życie, że to wszystko było tylko testem czy mąż ją złapie. Tak naprawdę miała całą sytuację pod kontrolą, mogła zejść “normalnie” jeśli tylko by chciała - a nie chciała, bo jak inaczej mogłaby się upewnić, że Robertowi na niej zależy?
Z drugiej strony czy gdzieś tam, bardzo głęboko zakopana w podświadomości młoda Crouchówna właśnie skakała z radości i chichotała, kręcąc włosy na paluszku, bo właśnie została uratowana jak jakaś księżniczka z wieży? Może odrobinkę...
Uchyliła jedno ślepie, ale znów - przez półmrok i ogólne zmęczenie, widziała wszystko bez jakiś większych szczegółów. Wystarczająco jednak, żeby zlokalizować i ułożyć dłoń na mężowskim policzku. Uśmieszek zmienił się w mniej cwaniacki, może minimalnie kokieteryjny. Wyczuła pod palcami jedno- czy dwudniowy zarost. Szczyt czułości na jaką była w stanie się w stanie wspiąć pani Mulciber.
- Przecież nie pozwoliłbyś mi spa…- zamilkła w połowie zdania.
Chwila moment. Coś jej tu bardzo nie pasowało.
Zarost.
Otworzyła natychmiast oczy, skupiając się na swoim “rycerzu na białym rumaku” nieco bardziej. Zamrugała parokrotnie. Nawet jeśli wpatrywała się teraz w te doskonale sobie znane brązowe oczy - to nie były oczy jej męża. I szlag właśnie trafił bajkę z pięknym happy endem.
Jeśli wzrok mógłby zabić - Richard leżałby martwy na podłodze, a ona wraz z nim, bo wciąż nie zrobiła nic, żeby się z objęć szwagra wydostać.
Ale cofnęła rękę jak oparzona, zaciskając ją z powrotem na książce. Wyraźnie debatowała nad trzaśnięciem swojego wybawiciela tomiszczem przez łeb. Albo przez ramię. To wymagałoby mniejszego wysiłku, ale zwiększało niestety szansę, że zostałaby natychmiast upuszczona.
Poczuła, że jej policzki robią się ciepłe - fantastycznie. Tylko jej rumieńca wstydu i złości tu brakowało.
- Odstaw mnie Richardzie!- Burknęła wyraźnie niezadowolona. Naprawdę tylko tego jej teraz brakowało.- Ale… powoli.- Dodała. Ot tak na wszelki wypadek.