20.05.2024, 08:55 ✶
- Po prostu cię przejrzała, Prewett. Nigdy nie dyskryminowała przecież Ślizgonów - powiedziała Brenna z rozbawieniem. Sama nigdy nie dostrzegła, by McGonagall jakoś faworyzowała swój Dom: a przynajmniej nie na lekcjach i nie na korytarzach. Jedyna rzecz, w której faktycznie mogła nie być w stu procentach sprawiedliwa, to zdaniem Brenny był... quidditch. Była pewna, że Minerwa sama musiała grać w drużynie, bo chociaż nie było tego widać na pierwszy rzut oka, ewidentnie zależało jej każdego roku na zdobyciu Pucharu.
Nie miała jednak okazji wdać się tutaj w dyskusję na temat tego, czym Vincent mógł jej podpaść (może podejściem, stosunkiem do innych uczniów albo samą miną - Brenna lubiła twierdzić, że Vincent to ma przez sporą część czasu taką minę, że już na nią dałoby się znaleźć paragraf), zaczęło się bowiem zamieszanie, mordercze regały, lecące jej na głowę, żyrandole, spuszczane prosto na nią i tak dalej...
- Draniu, tu i tak jest dużo sprzątania! - wkurzyła się trochę, spoglądając na uszkodzony żyrandol, uszkodzoną podłogę i próbując nie myśleć o tym, że jej głowa mogła źle skończyć. Irytek w szkole nie raz kogoś uszkodził, ale zdawało się, że jego celem nigdy nie było zabicie kogoś: tutaj Brenna wcale nie była pewna.
Być może poltergeist nie miał w pełni stałej postaci, a może zaklęcie Vincenta nie podziałało, bo duch nie ujawnił swojej obecności. Za to w uszach Prewetta rozbrzmiał złośliwy śmiech. Książki posypały się z kolejnej półki, dwie z nich poleciały prosto w stronę Vincenta, po czym nagły podmuch wiatru szarpnął drzwi prowadzące z biblioteki. Po czym same zamknęły się – z głośnym trzaskiem.
– Trzeba być mną, żeby kupić dom, którego mieszkańcy najwyraźniej padli ofiarą jakiejś klątwy, jeśli Millie i chłopcy mają rację, i w którym w dodatku miesza złośliwy duch – westchnęła Brenna, raczej z rezygnacją niż prawdziwą złością. Bo to wciąż był dom idealny na ich potrzeby, w dodatku tani i pełny cennych rzeczy.
Szkoda, że był też pełen duchów. Zarówno w dosłownym, jak i metaforycznym sensie.
Nie miała jednak okazji wdać się tutaj w dyskusję na temat tego, czym Vincent mógł jej podpaść (może podejściem, stosunkiem do innych uczniów albo samą miną - Brenna lubiła twierdzić, że Vincent to ma przez sporą część czasu taką minę, że już na nią dałoby się znaleźć paragraf), zaczęło się bowiem zamieszanie, mordercze regały, lecące jej na głowę, żyrandole, spuszczane prosto na nią i tak dalej...
- Draniu, tu i tak jest dużo sprzątania! - wkurzyła się trochę, spoglądając na uszkodzony żyrandol, uszkodzoną podłogę i próbując nie myśleć o tym, że jej głowa mogła źle skończyć. Irytek w szkole nie raz kogoś uszkodził, ale zdawało się, że jego celem nigdy nie było zabicie kogoś: tutaj Brenna wcale nie była pewna.
Być może poltergeist nie miał w pełni stałej postaci, a może zaklęcie Vincenta nie podziałało, bo duch nie ujawnił swojej obecności. Za to w uszach Prewetta rozbrzmiał złośliwy śmiech. Książki posypały się z kolejnej półki, dwie z nich poleciały prosto w stronę Vincenta, po czym nagły podmuch wiatru szarpnął drzwi prowadzące z biblioteki. Po czym same zamknęły się – z głośnym trzaskiem.
– Trzeba być mną, żeby kupić dom, którego mieszkańcy najwyraźniej padli ofiarą jakiejś klątwy, jeśli Millie i chłopcy mają rację, i w którym w dodatku miesza złośliwy duch – westchnęła Brenna, raczej z rezygnacją niż prawdziwą złością. Bo to wciąż był dom idealny na ich potrzeby, w dodatku tani i pełny cennych rzeczy.
Szkoda, że był też pełen duchów. Zarówno w dosłownym, jak i metaforycznym sensie.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.