24.12.2022, 12:09 ✶
- To proste. Nie odwiedzę księgarni.
Plan dotyczący księgarni był iście genialny w swej prostocie. Gdyby do niej poszła, Brenna może i powstrzymałaby się przed zakupami, bo w końcu obiecała jemu i sobie, ale cierpiałaby katusze. Unikanie sklepu, pozwalało uniknąć i tego ponurego scenariusza.
- I nie, nie założę habitu: za żadne skarby. Masz pojęcia, jak w tym ciężko wchodzić po drzewach?
A Brenna uwielbiała wchodzić na drzewa od dziecka, ku wiecznemu utrapieniu matki. Zwiedziła absolutnie każde drzewo w ich sadzie, a prawdopodobnie także ogromną ich ilość w Kniei Godryka.
Na ripostę Erika odnośnie dziewczyn, którym nieświadomie złamał serce, tylko się roześmiała. Głównie dlatego, że była przekonana, że do takiej sytuacji nigdy nie doszło i nie dojdzie. (Chociaż raz doszło, kiedy nie zrozumiała, że zapraszano ją na randkę - był to jednak jeden, jedyny, pojedynczy przypadek. Ot Brenna nie należała do dziewczyn, które przyciągały uwagę. Co innego Erik. Jego lubiły dziewczyny. A. I chłopcy też. On zaś zasadniczo zwykle zdawał się tego zupełnie nie zauważać, chyba że taka panna powiedziała mu sama. Albo postanowiła go uświadomić siostra.)
- Tak, to prawda, od dawna marzyłam o psie - przytaknęła, zwracając się do pracownika schroniska. Chociaż nie krępowała się jego obecnością. Brenna zresztą mało czym się krępowała.
- To było tylko pierwsze ostrzeżenie - powiedziała pojednawczo, klepiąc go lekko po ramieniu i obserwując psa. - Jeśli chcesz i nie jest agresywny, możemy go zabrać, bo po prostu... nie wychodźmy poza trzy. Trzy to ładna, magiczna liczba, a cztery gdzieś w Azji uważają za cyfrę śmierci, wiesz. Biedaka pewnie nikt inny nie adoptuje... a jeżeli chodzi o ponuraka, to zupełnie w takie bzdury nie wierzę - stwierdziła, przekrzywiając lekko głowę i przypatrując się wielkiemu, ciemnemu psu.
Jego też było jej żal. Trochę bardziej niż innych. Jego wygląd faktycznie mógł odstraszyć potencjalnych adoptujących. Zwłaszcza w Londynie, gdzie jednak większość ludzi nie miała własnych podwórek.
Pomyślała, że kupiła jednak za mało kocyków. I posłań. I zabawek. To na szczęście dało się szybko załatwić.
Najchętniej adoptowałaby wszystkie zwierzaki: ale nie mieli aż takich możliwości.
- Decyduj, braciszku, i pędzimy podpisać dokumenty, bo im dłużej tu jestem, tym większe szanse, że postanowię, że pragnę też kota – mruknęła.
Plan dotyczący księgarni był iście genialny w swej prostocie. Gdyby do niej poszła, Brenna może i powstrzymałaby się przed zakupami, bo w końcu obiecała jemu i sobie, ale cierpiałaby katusze. Unikanie sklepu, pozwalało uniknąć i tego ponurego scenariusza.
- I nie, nie założę habitu: za żadne skarby. Masz pojęcia, jak w tym ciężko wchodzić po drzewach?
A Brenna uwielbiała wchodzić na drzewa od dziecka, ku wiecznemu utrapieniu matki. Zwiedziła absolutnie każde drzewo w ich sadzie, a prawdopodobnie także ogromną ich ilość w Kniei Godryka.
Na ripostę Erika odnośnie dziewczyn, którym nieświadomie złamał serce, tylko się roześmiała. Głównie dlatego, że była przekonana, że do takiej sytuacji nigdy nie doszło i nie dojdzie. (Chociaż raz doszło, kiedy nie zrozumiała, że zapraszano ją na randkę - był to jednak jeden, jedyny, pojedynczy przypadek. Ot Brenna nie należała do dziewczyn, które przyciągały uwagę. Co innego Erik. Jego lubiły dziewczyny. A. I chłopcy też. On zaś zasadniczo zwykle zdawał się tego zupełnie nie zauważać, chyba że taka panna powiedziała mu sama. Albo postanowiła go uświadomić siostra.)
- Tak, to prawda, od dawna marzyłam o psie - przytaknęła, zwracając się do pracownika schroniska. Chociaż nie krępowała się jego obecnością. Brenna zresztą mało czym się krępowała.
- To było tylko pierwsze ostrzeżenie - powiedziała pojednawczo, klepiąc go lekko po ramieniu i obserwując psa. - Jeśli chcesz i nie jest agresywny, możemy go zabrać, bo po prostu... nie wychodźmy poza trzy. Trzy to ładna, magiczna liczba, a cztery gdzieś w Azji uważają za cyfrę śmierci, wiesz. Biedaka pewnie nikt inny nie adoptuje... a jeżeli chodzi o ponuraka, to zupełnie w takie bzdury nie wierzę - stwierdziła, przekrzywiając lekko głowę i przypatrując się wielkiemu, ciemnemu psu.
Jego też było jej żal. Trochę bardziej niż innych. Jego wygląd faktycznie mógł odstraszyć potencjalnych adoptujących. Zwłaszcza w Londynie, gdzie jednak większość ludzi nie miała własnych podwórek.
Pomyślała, że kupiła jednak za mało kocyków. I posłań. I zabawek. To na szczęście dało się szybko załatwić.
Najchętniej adoptowałaby wszystkie zwierzaki: ale nie mieli aż takich możliwości.
- Decyduj, braciszku, i pędzimy podpisać dokumenty, bo im dłużej tu jestem, tym większe szanse, że postanowię, że pragnę też kota – mruknęła.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.