Panna Figg siedziała na zapleczu. Bardzo mocno przeżywała zaistniałą sytuację. Była zdenerowana, wcale nie dziwiła jej ta irytacja matek, sama by się wkurzyła, gdyby ktoś napoił / nakarmił? Mabel pączkami z alkoholem. Tyle, że to nie była wina cukierni, Thomas przyjął zamówienie, ona je wykonała i tyle. Jedno z wielu zamówień, które zrealizowali. Nie mieli pojęcia, że ten typ przekaże to dzieciakom, przecież nie mieli w zwyczaju wypytywać klientów o to, po co im są wypieki. No chyba, że chodziło o jakieś większe okazje, na które piekła torty, wtedy faktycznie miało to znaczenie.
Na domiar złego jeszcze nie pozbierała się do końca po wczorajszym poranku, kłótni z Erikiem, potańcówce, nocy spędzonej z Samem i całej reszcie. Nie miała kiedy sobie ułożyć tego w głowie, bo musiała wrócić do pracy. Los zdecydowanie chciał jej dorzucić kolejnych trosk, jakby nie miała ich już wystarczająco. Zazwyczaj chyba to tak wyglądało, jak się zaczynało sypać to na wszystkich płaszczyznach.
Na całe szczęście nie była z tym sama. Miała Thomasa, który dzielnie ją wspierał w całej tej pączkowej zadymie, widziała po nim, że go również mocno rozwścieczyła ta sytuacja.
Kącik ust drgnął jej w uśmiechu, gdy usłyszała jego komentarz, tak naprawdę bardzo chętnie pomogłaby mu wepchnąć w zad tego typa te dwieście pączków. - Wiesz co, nawet nie będę cię odwodzić od tego pomysłu. Masz moją zgodę. - Powinna być rozsądna, ale w tej sytuacji ciężko jej o niego było. To mogło zaszkodzić ich nieposzlakowanej reputacji, kto wie, komu te matki naopowiadają głupot.
- Jestem wkurwiona Thomas. - Bardzo rzadko przeklinała, więc musiała być naprawdę zirytowana.
- Obejdę sie bez ziółek, co z nim zrobimy? Co z tym zrobimy, te baby są rozwścieczone. - Jakoś nie miała pomysłu, jak zapanować nad chaosem. Możw powinni we dwójkę się stąd zmyć i zostawić ich wspaniałą ekipę z tym problemem.