20.05.2024, 13:20 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.05.2024, 13:25 przez Anthony Shafiq.)
Zaśmiał się serdecznie na to przystawienie nazwiska do imienia Morpheusowego. Anthony nawet gdyby okoliczności po temu skłaniały, nie chciałby by ktokolwiek nosił jego nazwisko, które kojarzyło mu się li tylko z upodleniem i kieratem apodyktycznego ojca. Sam nie był zbyt do niego przywiązany, nawet jeśli roztaczał z oczywistych powodów inną aurę wokół siebie. Gdyby mógł wybierać, zapewne zdecydowałby się na przyjęcie rodowego miana Crowley'ów. Anthony J. Crowley, z jakichś względów dobrze układało mu się to na języku, zwłaszcza tutaj, w nocnej aurze londyńskiego parku St. James. Mgliście przeczuwał, że mogło to mieć jakiś związek z tymi multiwersami, o których przed momentem powiedział mu Morpheus.
– Och Pompeje... może pojedziemy tam w ramach rocznicy mój najdroższy mężczyzno? – uśmiech błąkał się po szczupłej twarzy Anthony'ego, który z ostrą krytyką przypatrywał się swoim ostatnim przykrostkom, dolinom samopoczucia, które go spychały w czerń, odsuwały wzrok od tego, co było prawdziwie cenne. Nie był nawykły, aby skarżyć się komukolwiek na cokolwiek, on pan sytuacji, mistrz opanowania. Ale teraz doceniał nade wszystko ten moment wrażliwości, odsłonięcia się na przyjaciela, tak aby w powietrze uleciały ich szczere deklaracje, aby można było dać wybrzmieć temu, co przecież i tak wiedzieli od dawna. Anam cara, dwa słowa, które zbierały to wszystko, co tak piękne, że aż niewypowiedziane. Toast był dobrą opcją, wszystko co powinno było już wypowiedziane, zapieczętowanie cichym kląknięciem kłódki na parkowym moście.
A potem nagle pojawił się intruz.
Tak. To właśnie dla takich chwil Shafiq uczył się magii bezróżdżkowej. Kuglarskie sztuczki, oczywiście, ale w kontakcie z mugolami, zwłaszcza tymi nerwowymi, o ileż łatwiej było zatrzeć wspomnienie jak napis kredowy li tylko ruchem ręki, niż zastanawiać się jak wpleść w rozmowę i wytłumaczyć konieczność chwycenia cisowej witki i kilkukrotnego nią zamachania z wpleceniem łacińskiej inkantacji do tego. Na szczęście nie był sam, i choć w sercu ukorzeniło się mocno przeświadczenie, że nigdy nie był i nie będzie sam w tym wymiarze metaforycznym, tak teraz miał to na myśli dobitnie literalnie.
– Ach panie władzo, oczywiście, że zaraz stąd wyjdziemy. – wysunął się krok do przodu z uniesionymi dłońmi, niczym sztukmistrz szykujący się do sztuczki, choć wiedział, że to nie on będzie iluzjonistą w tym występie. Działanie w tandemie należało do jego ulubionych i choć słowa impertynenta ostro przecięły przestrzeń, tak był on dla niego bardziej jak tort weselny, który należało pokroić we dwoje. – A gdzieś jest zapisany regulamin tego miejsca, furtka była otwarta, na jakiej podstawie pan wnioskuje, że musimy opuścić z moim bratem to miejsce? Wie pan, przyjechał z daleka i był bardzo ciekaw oświetlenia naszych pięknych zabytkowych budynków. – paplał płynnie, przybierając najsłodszy ton życiowego idioty, wskazując dłonią to na siebie, to na budynki, tak aby mugol odwrócił głowę, by nie patrzył na to co robi Longbottom. Ja go rozproszę, Ty działaj – to nawet nie musiało być wypowiedziane, to się rozumiało samo przez się. Tak robili od lat, od pierwszych chwil wspólnie spędzonych w hogwardzkim expresie.
– Och Pompeje... może pojedziemy tam w ramach rocznicy mój najdroższy mężczyzno? – uśmiech błąkał się po szczupłej twarzy Anthony'ego, który z ostrą krytyką przypatrywał się swoim ostatnim przykrostkom, dolinom samopoczucia, które go spychały w czerń, odsuwały wzrok od tego, co było prawdziwie cenne. Nie był nawykły, aby skarżyć się komukolwiek na cokolwiek, on pan sytuacji, mistrz opanowania. Ale teraz doceniał nade wszystko ten moment wrażliwości, odsłonięcia się na przyjaciela, tak aby w powietrze uleciały ich szczere deklaracje, aby można było dać wybrzmieć temu, co przecież i tak wiedzieli od dawna. Anam cara, dwa słowa, które zbierały to wszystko, co tak piękne, że aż niewypowiedziane. Toast był dobrą opcją, wszystko co powinno było już wypowiedziane, zapieczętowanie cichym kląknięciem kłódki na parkowym moście.
A potem nagle pojawił się intruz.
Tak. To właśnie dla takich chwil Shafiq uczył się magii bezróżdżkowej. Kuglarskie sztuczki, oczywiście, ale w kontakcie z mugolami, zwłaszcza tymi nerwowymi, o ileż łatwiej było zatrzeć wspomnienie jak napis kredowy li tylko ruchem ręki, niż zastanawiać się jak wpleść w rozmowę i wytłumaczyć konieczność chwycenia cisowej witki i kilkukrotnego nią zamachania z wpleceniem łacińskiej inkantacji do tego. Na szczęście nie był sam, i choć w sercu ukorzeniło się mocno przeświadczenie, że nigdy nie był i nie będzie sam w tym wymiarze metaforycznym, tak teraz miał to na myśli dobitnie literalnie.
– Ach panie władzo, oczywiście, że zaraz stąd wyjdziemy. – wysunął się krok do przodu z uniesionymi dłońmi, niczym sztukmistrz szykujący się do sztuczki, choć wiedział, że to nie on będzie iluzjonistą w tym występie. Działanie w tandemie należało do jego ulubionych i choć słowa impertynenta ostro przecięły przestrzeń, tak był on dla niego bardziej jak tort weselny, który należało pokroić we dwoje. – A gdzieś jest zapisany regulamin tego miejsca, furtka była otwarta, na jakiej podstawie pan wnioskuje, że musimy opuścić z moim bratem to miejsce? Wie pan, przyjechał z daleka i był bardzo ciekaw oświetlenia naszych pięknych zabytkowych budynków. – paplał płynnie, przybierając najsłodszy ton życiowego idioty, wskazując dłonią to na siebie, to na budynki, tak aby mugol odwrócił głowę, by nie patrzył na to co robi Longbottom. Ja go rozproszę, Ty działaj – to nawet nie musiało być wypowiedziane, to się rozumiało samo przez się. Tak robili od lat, od pierwszych chwil wspólnie spędzonych w hogwardzkim expresie.
Rzut na Charyzmę III na ile Anthony odwróci uwagę intruza
Rzut Z 1d100 - 20
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Rzut Z 1d100 - 91
Sukces!
Sukces!