— Wciąż możesz ją minąć na mieście — zwrócił uwagę, jakby celowo chciał zasiać w jej głowie wątpliwości.
Czy perspektywa zgłębienia zupełnie nowej historii u boku nieznanych dotąd bohaterów zwyciężyłaby z niechęcią do wydawania pieniędzy? Szczerze w to wątpił. Zew starych powieści, jak i nowych tomików byłby zbyt nęcący, aby Brenna tak po prostu go zignorowała. Zwłaszcza teraz, gdy w posiadłości pomieszkiwała jeszcze Mavelle, która zdawała się traktować literaturę współczesną równie ciepłymi uczuciami. Nie uda jej się, pomyślał, żałując, że nie ma z nimi nikogo, kto przyjąłby od niego zakład w tej kwestii.
— Nie powinnaś się tak śmiać. W każdej chwili mogę wznowić akcję pod tytułem „znajdźmy Brennie randkę” — ostrzegł, jednak bardziej żartobliwie, niż poważnie.
Podobne groźby rzucał krótko po balu, kiedy był dosyć mocno zirytowany postawą siostry. Teraz, kilka tygodni później, sytuacja nie była już tak napięta i wyjaśnili sobie lwią część nieporozumień. W sumie nie musiałby nawet daleko szukać. Podejrzewał, że większość potencjalnych kandydatów dziewczyna dobrze by znała m.in. z Ministerstwa Magii. Brygada Uderzeniowa oraz Biuro Aurorów miało paru godnych wzięcia pod uwagę mężczyzn. Któryś z nich na pewno byłby w stanie przetrwać niekończącą się paplaninę Longbottomówny. Ewentualnie był głuchy, co jeszcze bardziej ułatwiłoby sprawę.
— W sumie — zaczął niepewnie, drapiąc się za uchem — skoro jest taki skryty, to nie będzie się aż tak rzucał w oczy. Reszta pewnie nie zwróci większej uwagi, że po domu lata jakaś ciemna plama i skacze z kąta w kąt, opróżniając co jakiś czas dodatkową miskę. Poza tym wydaje się całkiem cichy.
Uśmiechnął się niepewnie do wielkiego psiska, po czym obdarzył rozradowanym spojrzeniem Brennę. Cóż, odpowiedzialność odpowiedzialnością, a podano mu całkiem rozsądne argumenty przemawiające za tym, że powinni wciągnąć do rodziny jeszcze trzeciego zwierzaka. Najbardziej zadziałała na jego myśl, że nikt inny się na niego nie zdecyduje. Było w tym sporo racji. Nie było to jedyne schronisko w Londynie, a ludzie bądź co bądź mieli dosyć ograniczone miejsce, jeśli chodzi o rozmiar lokum. Jeśli ktoś mieszkał pod miastem, to raczej nie zjeżdżał do centrum, żeby wybrać sobie zwierzęcego towarzysza.
— Wygląda na to, że idziesz z nami. Mam nadzieję, że Ci się spodoba — rzucił Erik, podchodząc bliżej boksu. Cechowało go dosyć spokojne usposobienie, więc kto wie, może to właśnie ten pies stanie mu się najbliższy? Wprawdzie rodzic kocha wszystkie dzieci po równo, jednak biorąc pod uwagę, ile osób pewnie będzie się garnęło do opieki nad nimi, dobrze było mieć taki bardziej „prywatny” egzemplarz.
Gdy wszelkie dokumenty zostały już sporządzone, para Longbottomów udała się do odpowiedniego biura, aby tam zostawić po sobie wszelkie wymagane odpisy. Załatwienie formalności nie zajęło im jakoś wyjątkowo dużo czasu. Nawet jeśli na formularzach pojawiały się jakieś kłopotliwe pytania, tak radzili sobie z nimi bez większych problemów.
Najważniejsze było to, że zwierzęta nie będą pozostawione same sobie, a zajmowane przez nie lokum nie należało do ciasnych klitek, z jakich znana była stolica Wielkiej Brytanii. Co w takim razie będzie dalej? Cóż, Erik i Brenna będą musieli zająć się przysposobieniem swoich nowych dzieci, sztuk trzy, do środowiska domowego. Ale to już opowieść na inną okazję.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞