Spojrzenie Morpheusa przesunęło się do drapanego przedramienia. Nie, nie, nie... tylko nie to. Pod smagłą skórą w tonach oliwkowych zaczęły wybijać się sine tony bladości, coraz głębsze i głębsze, jednocześnie wypłaszczające koloryt mężczyzny do tego jego towarzysza, który zdecydowanie mniej korzystał z darów swojego patio i słońca. A jednak to miało przecież sens. Znał opinie, jakie zakorzenili w Shafiq'u rodzice, na temat czystości krwi, wiedział, dookoła kogo się obracał Antoniusz. Jaka była szansa, że... Że to ta cisowa różdżka zadała cios w jego brata? Że na ręce jego połowy duszy znajdował się symbol Voldemorta? Jaka była szansa, że rzeczywiście zanurzył się w czarnej magii? Pamiętał doskonale, że komentarzami podsycał nienawiść do Leecha, że nie stronił od szemranych interesów. A jeśli byli stworzeni z tej samej materii, z tej chwili mroku w gobelinie świata, to było to możliwe.
Nie chciał w niego wątpić, nigdy. Na pewno, jeżeli współpracował ze Śmierciożercami, jeśli istniała taka możliwość, to jedynie dlatego, że go zmuszono. Chciał w to wierzyć.
— Tak, Antoniuszu? Widziałeś mnie w najgorszym stanie, nie będę cię oceniać. — Położył swoją dłoń na rękach Shafiq'a, aby zatrzymać nerwowe wyrywanie palców, tak nienaturalne dla opanowanej gestykulacji obojga. Jeśli rzeczywiście wpadł w te tarapaty... Wymyślą coś. Już w głowie kreował trzy-cztery plany, które pozwolą na ucieczkę Anthony'ego z objęć mroku, przed śmiercią z obu stron konfliktu.
Z jednej strony byłoby to tragicznie słodkie, jedna dusza, po dwóch stronach barykady, ale w praktyce nie miało to możliwości zadziałać. Musieli mu pomóc. Koniecznie. Panikował. Bardzo. I bał się zajrzeć w przyszłość, aby słowa nie padły zbyt szybko.