24.12.2022, 22:38 ✶
Tak jak Brenna i Victoria nie była zbyt zagorzałą bojowniczką domowej nienawiści w Hogwarcie. Nie dlatego, że była taka tolerancyjna, a dlatego, że nie miała na to za dużo czasu w swoim napiętym grafiku. Za mugolakami nie przepadała z definicji, ale czystokrwiści czarodzieje z innych domów zupełnie jej nie przeszkadzali i nie widziała problemu, by porozmawiać z tą czy z tamtym. Z Brenną miały siłą rzeczy nieco więcej kontaktu niż tylko na wspólnych lekcjach, a już po szkole, kiedy przynależność do domu nie miała już żadnego znaczenia, ten też się nie urwał. A trzeba przyznać, że w tym swoim gadulstwie i pewnego rodzaju roztrzepaniu (jak choćby… teraz), Brenna była całkiem urocza – tak przynajmniej uważała Tori.
- Cześć – padło w odpowiedzi, kiedy już miała pewność, że Brenna to Brenna. A kolejną zaletą panny Longbottom było to, że wcale nie trzeba ją było ciągnąć za język i głupio się pytać co ona w ogóle najlepszego wyprawia, bo zaraz odpowiedź padła. Było to przewidywalne… ale też przy tym jak najbardziej pożądane, zwłaszcza, że ciekawość brała górę. - I jak? Poznaliście się już dobrze, albo na tyle, by wasze spotkanie nie było niezręczne? – odpowiedziała jej może nie tak poważnie, bo się uśmiechnęła i jeszcze do tego w ogóle zdobyła się, by cokolwiek odpowiedzieć, a nie po prostu zbyć i skomentować to milczeniem. A to milczenie byłoby zapewne wymowne, tylko znając Brennę – i tak nic by sobie z tego nie zrobiła. - Ach, czyli kiepska pierwsza randka… Bo to pierwsza, tak? – wolała się upewnić, że to taki jednorazowy wybryk, a nie stałe i regularne spotkania brunetki z tymże stołem. Nie zdążyła odpowiedzieć, że tak – szuka miejsca, bo Brenna zaraz dalej gadała. Ale kiedy wskazała na jeden ze stolików, to brązowooka i tak podążyła tam wzrokiem i uniosła lekko swoje ciemne brwi, widząc pokaźną piramidkę kufli, którą mężczyźni zaczęli już tam układać. Tak, urodziny. Albo jakiś… wieczór kawalerski. Cholera wie. Lestrange pokręciła głową, westchnęła i wróciła spojrzeniem do koleżanki. - Skoro tak się ma sprawa to chętnie się dosiądę – i to powiedziawszy elegancko odsunęła krzesła od stolika, na którym jeszcze chwilę temu Brenna leżała twarzą, usiadła i cicho się przysunęła, przy okazji kładąc swoją torebkę na blacie. Dopiero wtedy szklanka, która obok niej lewitowała, opadła gładko na stolik, a Victoria objęła ją oboma rękoma. - Mam nadzieję, że nie zajęłam miejsca twojej faktycznej randki – zwróciła się do Brenny po chwili. Jakoś… Nie wyglądała, jakby była tutaj, żeby się napić, jak Victoria. Więc może się tutaj z kimś umówiła. - Jakbym miała sobie pójść to mi powiedz, dobra? Nie chciałabym wam przeszkadzać – a minę miała jak taki lekko ubawiony kot. I to powiedziawszy upiła łyka tego, co miała ze sobą w szklance.
- Cześć – padło w odpowiedzi, kiedy już miała pewność, że Brenna to Brenna. A kolejną zaletą panny Longbottom było to, że wcale nie trzeba ją było ciągnąć za język i głupio się pytać co ona w ogóle najlepszego wyprawia, bo zaraz odpowiedź padła. Było to przewidywalne… ale też przy tym jak najbardziej pożądane, zwłaszcza, że ciekawość brała górę. - I jak? Poznaliście się już dobrze, albo na tyle, by wasze spotkanie nie było niezręczne? – odpowiedziała jej może nie tak poważnie, bo się uśmiechnęła i jeszcze do tego w ogóle zdobyła się, by cokolwiek odpowiedzieć, a nie po prostu zbyć i skomentować to milczeniem. A to milczenie byłoby zapewne wymowne, tylko znając Brennę – i tak nic by sobie z tego nie zrobiła. - Ach, czyli kiepska pierwsza randka… Bo to pierwsza, tak? – wolała się upewnić, że to taki jednorazowy wybryk, a nie stałe i regularne spotkania brunetki z tymże stołem. Nie zdążyła odpowiedzieć, że tak – szuka miejsca, bo Brenna zaraz dalej gadała. Ale kiedy wskazała na jeden ze stolików, to brązowooka i tak podążyła tam wzrokiem i uniosła lekko swoje ciemne brwi, widząc pokaźną piramidkę kufli, którą mężczyźni zaczęli już tam układać. Tak, urodziny. Albo jakiś… wieczór kawalerski. Cholera wie. Lestrange pokręciła głową, westchnęła i wróciła spojrzeniem do koleżanki. - Skoro tak się ma sprawa to chętnie się dosiądę – i to powiedziawszy elegancko odsunęła krzesła od stolika, na którym jeszcze chwilę temu Brenna leżała twarzą, usiadła i cicho się przysunęła, przy okazji kładąc swoją torebkę na blacie. Dopiero wtedy szklanka, która obok niej lewitowała, opadła gładko na stolik, a Victoria objęła ją oboma rękoma. - Mam nadzieję, że nie zajęłam miejsca twojej faktycznej randki – zwróciła się do Brenny po chwili. Jakoś… Nie wyglądała, jakby była tutaj, żeby się napić, jak Victoria. Więc może się tutaj z kimś umówiła. - Jakbym miała sobie pójść to mi powiedz, dobra? Nie chciałabym wam przeszkadzać – a minę miała jak taki lekko ubawiony kot. I to powiedziawszy upiła łyka tego, co miała ze sobą w szklance.