20.05.2024, 21:40 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.05.2024, 22:14 przez Anthony Shafiq.)
Między mężczyznami i bez przysiąg i zaczarowanych artefaktów, informacje od zawsze przepływały płynnie, a boska synergia pozwalała im się utrzymywać na powierzchni przez lata. Znali swoje grzechy, przewiny, nie śledząc ich za bardzo, czasami wręcz maczając palce w tuszowaniu niektórych spraw. Fakt, że nie byli zwykle widywani razem, działał na ich korzyść. Anthony z takim samym zapamiętaniem bywał na wszystkich wystawnych przyjęciach, jak unikał Warowni, z kolei Morpheus pojawiał się na nich okazjonalnie, tylko po to by umknąć co prędzej. U Shafiqa nie pojawiał się wcale. Nie był członkiem klubu. Zupełnie jakby ich relacja zeszła do podziemia, ale to odpowiadało im wtedy, gdy jeden musiał ręczyć za drugiego. Nigdy przeciwko drugiemu...
Anthony był skonsternowany dotykiem, ale w końcu przestał kompulsywnie wyłamywać sobie palce. Pamiętał ostatni raz gdy prowadzili taką rozmowę, z takim napięciem między nimi. Pamiętał, tę chwilę jakby to było wczoraj, choć minęło ponad dwadzieścia lat, gdy przyznał się przyjacielowi do tego, jak bardzo jego partner źle zniósł wieści o ślubie. Nie jestem w stanie przewidzieć, co on zrobi. Ty... Ty z nim pracujesz, może uda Ci się na niego jakoś wpłynąć? Tak bardzo boję się, że zniszczy ceremonię, ja... nie jestem w stanie z nim rozmawiać. Już nie... – Trząsł się wtedy jak osika, przeklinając się w duchu za to, że uległ, że pozwolił sobie na uczucia, które mogły nagle przekreślić wszystko. Alcuin był zbyt postępowy, nie raz wspominał, że trzeba walczyć o swoje prawa, że gdyby mugole i czarodzieje dowiedzieli się jaka jest skala, ugięliby się. Był moment, gdy mu to imponowało, był moment, gdy nerwowo próbował go uspokoić a potem, wraz z każdym coraz twardszym naciskiem ze strony ojca, był lęk, lęk który przemienił ukochaną osobę w największego wroga.
Wieść o śmierci mężczyzny, o wypadku przy pracy, dotarła do niego tydzień przed planowaną uroczystością. Czas na żałobę przyszedł już po ceremonii, nie chciał swojej żonie Edith i jej prawdziwej miłości Lisie zepsuć tego czasu, ich umowy pozwalającej na jej szczęście, a jego spokój. Bogowie tylko wiedzieli jak bardzo nienawidził ślubów. Poprzysiągł sobie wtedy, że to nie nastąpi więcej, że nie pozwoli tej bezmyślności na zawładnięcie umysłem i ciałem. Było to gorsze, obrzydliwsze niż przebicie oklumenckiej bariery. Obiecał sobie, przysiągł. Na próżno...
– Próbowałem przed tym uciec, ale im bardziej uciekam, tym jest jeszcze gorzej. Wybacz, że... że tak ignorowałem Twoje zaproszenia do Warowni, wiesz... nie chodziło tylko o psy, ja... – szeptał znów drżąc, jakby sięgnięcie do tego było dotknięciem największej skazy, którą tyle lat przed nim daremnie chował. – Zakochałem się w Twoim bratanku Morpheus. W Eriku. I...i nie mam pojęcia co z tym dalej zrobić.
Anthony był skonsternowany dotykiem, ale w końcu przestał kompulsywnie wyłamywać sobie palce. Pamiętał ostatni raz gdy prowadzili taką rozmowę, z takim napięciem między nimi. Pamiętał, tę chwilę jakby to było wczoraj, choć minęło ponad dwadzieścia lat, gdy przyznał się przyjacielowi do tego, jak bardzo jego partner źle zniósł wieści o ślubie. Nie jestem w stanie przewidzieć, co on zrobi. Ty... Ty z nim pracujesz, może uda Ci się na niego jakoś wpłynąć? Tak bardzo boję się, że zniszczy ceremonię, ja... nie jestem w stanie z nim rozmawiać. Już nie... – Trząsł się wtedy jak osika, przeklinając się w duchu za to, że uległ, że pozwolił sobie na uczucia, które mogły nagle przekreślić wszystko. Alcuin był zbyt postępowy, nie raz wspominał, że trzeba walczyć o swoje prawa, że gdyby mugole i czarodzieje dowiedzieli się jaka jest skala, ugięliby się. Był moment, gdy mu to imponowało, był moment, gdy nerwowo próbował go uspokoić a potem, wraz z każdym coraz twardszym naciskiem ze strony ojca, był lęk, lęk który przemienił ukochaną osobę w największego wroga.
Wieść o śmierci mężczyzny, o wypadku przy pracy, dotarła do niego tydzień przed planowaną uroczystością. Czas na żałobę przyszedł już po ceremonii, nie chciał swojej żonie Edith i jej prawdziwej miłości Lisie zepsuć tego czasu, ich umowy pozwalającej na jej szczęście, a jego spokój. Bogowie tylko wiedzieli jak bardzo nienawidził ślubów. Poprzysiągł sobie wtedy, że to nie nastąpi więcej, że nie pozwoli tej bezmyślności na zawładnięcie umysłem i ciałem. Było to gorsze, obrzydliwsze niż przebicie oklumenckiej bariery. Obiecał sobie, przysiągł. Na próżno...
– Próbowałem przed tym uciec, ale im bardziej uciekam, tym jest jeszcze gorzej. Wybacz, że... że tak ignorowałem Twoje zaproszenia do Warowni, wiesz... nie chodziło tylko o psy, ja... – szeptał znów drżąc, jakby sięgnięcie do tego było dotknięciem największej skazy, którą tyle lat przed nim daremnie chował. – Zakochałem się w Twoim bratanku Morpheus. W Eriku. I...i nie mam pojęcia co z tym dalej zrobić.
Koniec sesji