20.05.2024, 22:47 ✶
Nie zna tego obecnego Roberta Mulcibera.
Nie wie, co działo się z nim przez ostatnie lata. Nie wie, jakie wydarzenia oraz jacy ludzie stanęli na jego drodze, jaki mieli na niego wpływ. Pamięta jednak doskonale go skrupulatność, dokładność, zaangażowanie oraz sumienność i wie doskonale, że musi postawić pewną granicę. Wyznaczyć jasne zasady, tak jak i on w tym momencie je wyznacza. Czemu? Nie jest pewna, wie jednak iż jest to skutkiem wydarzeń, jakie miały miejsce w ciągu ostatnich lat. Kto wie, może Robertowi przyjdzie któregoś dnia poznać powód nadmiernej ostrożności Very? Jedynie czas będzie w stanie na to odpowiedzieć.
Kiwa delikatnie głową dając znać, że przyjmuje jego słowa i wyjątkowo jej odpowiadają. Nie może porzucić tego, nad czym właśnie pracuje. Pewne projekty wymagają systematyczności tak wielkiej, iż niewielu jest gotowych na to poświęcenie. W pewnych projektach ledwie dzień zaniechań mógł doprowadzić do klęski i wrócenia do punktu początku. Przygryza delikatnie język walcząc z ochotą podzielenia się tym, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami Departamentu oraz jej niewielkiego mieszkania. Tę chęć dusi jednak w sobie bo wie, że to już nie jest ten Robert którego znała; że lata oddaliły, zaś naukowa ciekawość potrafi być zarówno błogosławieństwem jak i przekleństwem.
Uśmiecha się delikatnie słysząc jego słowa. Choć ostrożniejsza w kwestii współprac, Vera Travers z pewnością stała się śmielsza w innych kwestiach. Nigdy z resztą nie bała się obierać nieznanych, naukowych ścieżek i brać to, czego chciała. Nawet jeśli nie raz musi (dosłownie) wydrapywać to pazurami.
- Mmm, wiedziałam, że w tym wszystkim jest jakieś drugie dno. - Stwierdza i przesuwa delikatnie koniuszkiem języka po dolnej wardze. Wie przecież doskonale, że pod wzniosłymi opowieściami o nauce oraz wielkości umysły kryje się coś jeszcze. i zwykle nie są to opowieści o waniliowym budyniu i małych kotkach… Zwykle są to emocje. Silne. Burzliwe. Spalające tak szybko, jak pożoga potrafi pochłonąć wielki las. Idee które wywołują wzburzenie bądź pobudzają wyobraźnię. Delikatnie zakłada ręce na piersi, uważnie przyglądając się jego twarzy, ciekawa co też chowa się w środku Roberta Mulcibera, swoją fasadą przypominającego ogrody Zen. Ciekawa, czy podejrzenia zgodne są z prawdą. - Więc jaki stoi za tym cel, Robercie? Jeśli ten projekt się uda… Co chcesz uświadomić światu za jego pomocą? - Pyta więc bezpośrednio. Wie, że zapewne powie jej tylko tyle ile uzna za stosowne a jednak musi zadać to pytanie. Jeśli projekt jest częścią czegoś większego będzie to wymagało od nich nader wielkiej uważności.
Pogoda w Verze przypomina tą, jaka charakteryzowała ich rodzinne strony. Jak słońce miesza się ze strugami deszczu tak w Verze miesza się rozczarowanie i zadowolenie jednocześnie. Rozczarowanie ciągłą tajemnicą która mogłaby nie być jej na rękę wraz z zadowoleniem, bo skoro Robert tak chroni tożsamości swojego wspólnika tak szanse są wysokie iż również jej imię pozostanie tajemnicą. Do pewnego momentu.
- Nie lubię tłoków. - Stwierdza, zadowolona iż grupa badawcza będzie nieliczna. A to oznacza, że przyjdzie jej pracować z najlepszymi; że nie będzie tracić czasu na kogoś, kto sprawiać będzie wrażenie, że nie wie czemu tak właściwie się tam znalazł.
Słucha go uważnie, równie uważnie obserwują go zielone oczy. I choć mina czarownicy nie zdradza nic, pewien błysk pojawia się w jej spojrzeniu. A gdy Robert kończy mówić, kręci z rozbawieniem głową, zaś karminowe usta układają się w delikatny uśmiech. Pieprzony Robert Mulciber nadal wie, na którą strunę nacisnąć aby uruchomić jej ambicję. A może był to jedynie przypadek? Nie wie. Robi krok w jego stronę i bezwiednie zadziera głowę, głównie z faktu różnicy wzrostu.
- To ten moment, w którym prosisz mnie o pomoc, żebym mogła się na to zgodzić. - Oznajmia poważnie, lecz powagę rozmywa uśmiech, jaki nadal znajduje się na jej wargach. Vera doskonale zdaje sobie sprawę z ryzyka, jakie podejmuje lecz od krótkiego spotkania w Departamecie Tajemnic wiedziała, że nie odmówi. Zbyt dużo pracy spędziła nad tym projektem, zbyt wiele nieprzespanych nocy i ciągów obliczeń, jakie musieli wykonać. Zna potencjał projektu, a skoro miał on dojść do końca jej nazwisko musiało znajdować się wśród jego twórców.
W tym wszystkim nie widzi możliwości w której te działania zakończyłyby się niepowodzeniem.
Nie wie, co działo się z nim przez ostatnie lata. Nie wie, jakie wydarzenia oraz jacy ludzie stanęli na jego drodze, jaki mieli na niego wpływ. Pamięta jednak doskonale go skrupulatność, dokładność, zaangażowanie oraz sumienność i wie doskonale, że musi postawić pewną granicę. Wyznaczyć jasne zasady, tak jak i on w tym momencie je wyznacza. Czemu? Nie jest pewna, wie jednak iż jest to skutkiem wydarzeń, jakie miały miejsce w ciągu ostatnich lat. Kto wie, może Robertowi przyjdzie któregoś dnia poznać powód nadmiernej ostrożności Very? Jedynie czas będzie w stanie na to odpowiedzieć.
Kiwa delikatnie głową dając znać, że przyjmuje jego słowa i wyjątkowo jej odpowiadają. Nie może porzucić tego, nad czym właśnie pracuje. Pewne projekty wymagają systematyczności tak wielkiej, iż niewielu jest gotowych na to poświęcenie. W pewnych projektach ledwie dzień zaniechań mógł doprowadzić do klęski i wrócenia do punktu początku. Przygryza delikatnie język walcząc z ochotą podzielenia się tym, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami Departamentu oraz jej niewielkiego mieszkania. Tę chęć dusi jednak w sobie bo wie, że to już nie jest ten Robert którego znała; że lata oddaliły, zaś naukowa ciekawość potrafi być zarówno błogosławieństwem jak i przekleństwem.
Uśmiecha się delikatnie słysząc jego słowa. Choć ostrożniejsza w kwestii współprac, Vera Travers z pewnością stała się śmielsza w innych kwestiach. Nigdy z resztą nie bała się obierać nieznanych, naukowych ścieżek i brać to, czego chciała. Nawet jeśli nie raz musi (dosłownie) wydrapywać to pazurami.
- Mmm, wiedziałam, że w tym wszystkim jest jakieś drugie dno. - Stwierdza i przesuwa delikatnie koniuszkiem języka po dolnej wardze. Wie przecież doskonale, że pod wzniosłymi opowieściami o nauce oraz wielkości umysły kryje się coś jeszcze. i zwykle nie są to opowieści o waniliowym budyniu i małych kotkach… Zwykle są to emocje. Silne. Burzliwe. Spalające tak szybko, jak pożoga potrafi pochłonąć wielki las. Idee które wywołują wzburzenie bądź pobudzają wyobraźnię. Delikatnie zakłada ręce na piersi, uważnie przyglądając się jego twarzy, ciekawa co też chowa się w środku Roberta Mulcibera, swoją fasadą przypominającego ogrody Zen. Ciekawa, czy podejrzenia zgodne są z prawdą. - Więc jaki stoi za tym cel, Robercie? Jeśli ten projekt się uda… Co chcesz uświadomić światu za jego pomocą? - Pyta więc bezpośrednio. Wie, że zapewne powie jej tylko tyle ile uzna za stosowne a jednak musi zadać to pytanie. Jeśli projekt jest częścią czegoś większego będzie to wymagało od nich nader wielkiej uważności.
Pogoda w Verze przypomina tą, jaka charakteryzowała ich rodzinne strony. Jak słońce miesza się ze strugami deszczu tak w Verze miesza się rozczarowanie i zadowolenie jednocześnie. Rozczarowanie ciągłą tajemnicą która mogłaby nie być jej na rękę wraz z zadowoleniem, bo skoro Robert tak chroni tożsamości swojego wspólnika tak szanse są wysokie iż również jej imię pozostanie tajemnicą. Do pewnego momentu.
- Nie lubię tłoków. - Stwierdza, zadowolona iż grupa badawcza będzie nieliczna. A to oznacza, że przyjdzie jej pracować z najlepszymi; że nie będzie tracić czasu na kogoś, kto sprawiać będzie wrażenie, że nie wie czemu tak właściwie się tam znalazł.
Słucha go uważnie, równie uważnie obserwują go zielone oczy. I choć mina czarownicy nie zdradza nic, pewien błysk pojawia się w jej spojrzeniu. A gdy Robert kończy mówić, kręci z rozbawieniem głową, zaś karminowe usta układają się w delikatny uśmiech. Pieprzony Robert Mulciber nadal wie, na którą strunę nacisnąć aby uruchomić jej ambicję. A może był to jedynie przypadek? Nie wie. Robi krok w jego stronę i bezwiednie zadziera głowę, głównie z faktu różnicy wzrostu.
- To ten moment, w którym prosisz mnie o pomoc, żebym mogła się na to zgodzić. - Oznajmia poważnie, lecz powagę rozmywa uśmiech, jaki nadal znajduje się na jej wargach. Vera doskonale zdaje sobie sprawę z ryzyka, jakie podejmuje lecz od krótkiego spotkania w Departamecie Tajemnic wiedziała, że nie odmówi. Zbyt dużo pracy spędziła nad tym projektem, zbyt wiele nieprzespanych nocy i ciągów obliczeń, jakie musieli wykonać. Zna potencjał projektu, a skoro miał on dojść do końca jej nazwisko musiało znajdować się wśród jego twórców.
W tym wszystkim nie widzi możliwości w której te działania zakończyłyby się niepowodzeniem.