21.05.2024, 01:56 ✶
To, co robili było wołaniem o pomoc - a może raczej błaganiem o miłość, której nie odczuwało się tak, jakby trzeba było się o nią dopraszać, jakby nie było się w niej tym do końca chcianym elementem. Cholera, co z tego, że to, co tliło się pomiędzy nimi, nie było żarem, którego oczekiwali od innych osób - kiedy za dużo błądziłeś w ciemności, uczyłeś się doceniać wszystko, co chociaż odrobinę błyszczało. Jeden pocałunek potrafił uspokoić duszący chaos - tak wielką władzę miała nad nim właśnie Mildred Moody, której dałby teraz zacisnąć palce na badanej dotykiem krtani, gdyby tylko utrzymałaby go w tym stanie kompletnej bezmyślności. Zapomniał, dlaczego było mu tak przykro. Na kilkanaście minut - jasne - ale tych kilkanaście minut było jak zbawienie. Ta drobna dziewczyna była mu teraz bliższa od kobiety, od której oczekiwał tak wiele, dla której poświęcił wszystko i odtrącił każdego, o kogo była zazdrosna i teraz... Teraz spędzał noce samotnie, będąc zazdrosnym o ludzi, którzy mogli widzieć codziennie tych, za którymi on tak piekielnie tęsknił.
Jasne - był zboczony. Przejeżdżając dłonią po bliźnie na plecach, nie potrafił oderwać wzroku od reszty jej nagiego ciała. Był jednym z tych ludzi nielubiących ideałów, w każdym doszukiwał się więc jakiegoś mankamentu. Niegdyś złamanego nosa, krzywego zgryzu, przerwy pomiędzy zębami, szeregu piegów, blizn, pieprzyków, zadrapań. Nierównych brwi, niesymetrycznych piersi, dziwnych palców u stóp. Niedoskonałości czyniących człowieka człowiekiem, nadających mu charakteru. Ona miała ich wiele. I nie kłamał - była piękna. Z nimi i bez nich. Pewnie nie był tu obiektywny, bo nigdy nie bał się ciała tak jak niektórzy, ale na pewno był szczery. Tak szczery, jak jego usta błądzące po tym nagiej skórze, coraz częściej uśmiechające się pomiędzy licznymi pocałunkami, bo wreszcie... Nie czuł się aż tak samotny.
Czy to było możliwe, że to właśnie ona miała zrozumieć go w tej kompletnej ciszy? Dotychczas tylko jedna osoba potrafiła pojąć jego esencję, chociaż nieustannie milczał. A ona? Ona to rozumiała? Co z nim robiła, co mu ofiarowała, nawet jeżeli miała się teraz od niego oderwać i uciec stąd - pewnie pierwszy raz pomyślałby, że nawet jeżeli coś nie trwało wiecznie, miało dla niego znaczenie, było wartościowe tak długo jak trwało i zapisało gdzieś obok bólu, pod niepasującym do niego znakiem spokoju, jakiego nie odnalazł ostatnio w niczym innym.
Ale to była tylko jego upośledzona, szarobura percepcja świata.
Chciał coś powiedzieć, ale słowa jak zawsze ugrzęzły mu w gardle. Zresztą... Głupio pewnie rujnować taki moment. Przełknął ślinę i obserwował ją, przekręcając głowę jak zaciekawiony kot. W tej pozycji, kiedy się jej przyjrzał, doszedł do wniosku, że nie wyglądałaby dobrze w blondzie. Było w niej coś, co mówiło mu głośno, że to właśnie te długie, ciemne pasma opadające na smukłe ciało dopełniały widziany przez niego obraz - jaka szkoda, że na przekór własnej naturze je ścięła, ale wszyscy robili głupoty pod naporem społeczeństwa. Chciałby móc adorować ją tak, jak na to zasługiwała, ale to nie on był obiektem jej westchnień - nawet jeżeli weźmie ją tu i teraz, da jej rozkosz, jakiej była godna - każde stęknięcie wybrzmi rozpaczą skierowaną do kogoś gdzieś daleko. Gdyby tylko mógł, zamiast zapełnić pustkę swoim dotykiem, spróbowałby przypomnieć jej, jak to jest się śmiać, tylko... on po drodze też zapomniał. Wodził więc dłońmi po jej udach, po odsłoniętym brzuchu, po karku, po który nie musiał już sięgać pod materiał.
I wciąż... mógłby jej posłuchać. Chciałby jej posłuchać. Tylko tak głupio mu było o to poprosić. Szkoda, że nie istniał jakiś przycisk powodujący, że znów wypluwała z siebie słowa.
Jasne - był zboczony. Przejeżdżając dłonią po bliźnie na plecach, nie potrafił oderwać wzroku od reszty jej nagiego ciała. Był jednym z tych ludzi nielubiących ideałów, w każdym doszukiwał się więc jakiegoś mankamentu. Niegdyś złamanego nosa, krzywego zgryzu, przerwy pomiędzy zębami, szeregu piegów, blizn, pieprzyków, zadrapań. Nierównych brwi, niesymetrycznych piersi, dziwnych palców u stóp. Niedoskonałości czyniących człowieka człowiekiem, nadających mu charakteru. Ona miała ich wiele. I nie kłamał - była piękna. Z nimi i bez nich. Pewnie nie był tu obiektywny, bo nigdy nie bał się ciała tak jak niektórzy, ale na pewno był szczery. Tak szczery, jak jego usta błądzące po tym nagiej skórze, coraz częściej uśmiechające się pomiędzy licznymi pocałunkami, bo wreszcie... Nie czuł się aż tak samotny.
Czy to było możliwe, że to właśnie ona miała zrozumieć go w tej kompletnej ciszy? Dotychczas tylko jedna osoba potrafiła pojąć jego esencję, chociaż nieustannie milczał. A ona? Ona to rozumiała? Co z nim robiła, co mu ofiarowała, nawet jeżeli miała się teraz od niego oderwać i uciec stąd - pewnie pierwszy raz pomyślałby, że nawet jeżeli coś nie trwało wiecznie, miało dla niego znaczenie, było wartościowe tak długo jak trwało i zapisało gdzieś obok bólu, pod niepasującym do niego znakiem spokoju, jakiego nie odnalazł ostatnio w niczym innym.
Ale to była tylko jego upośledzona, szarobura percepcja świata.
Chciał coś powiedzieć, ale słowa jak zawsze ugrzęzły mu w gardle. Zresztą... Głupio pewnie rujnować taki moment. Przełknął ślinę i obserwował ją, przekręcając głowę jak zaciekawiony kot. W tej pozycji, kiedy się jej przyjrzał, doszedł do wniosku, że nie wyglądałaby dobrze w blondzie. Było w niej coś, co mówiło mu głośno, że to właśnie te długie, ciemne pasma opadające na smukłe ciało dopełniały widziany przez niego obraz - jaka szkoda, że na przekór własnej naturze je ścięła, ale wszyscy robili głupoty pod naporem społeczeństwa. Chciałby móc adorować ją tak, jak na to zasługiwała, ale to nie on był obiektem jej westchnień - nawet jeżeli weźmie ją tu i teraz, da jej rozkosz, jakiej była godna - każde stęknięcie wybrzmi rozpaczą skierowaną do kogoś gdzieś daleko. Gdyby tylko mógł, zamiast zapełnić pustkę swoim dotykiem, spróbowałby przypomnieć jej, jak to jest się śmiać, tylko... on po drodze też zapomniał. Wodził więc dłońmi po jej udach, po odsłoniętym brzuchu, po karku, po który nie musiał już sięgać pod materiał.
I wciąż... mógłby jej posłuchać. Chciałby jej posłuchać. Tylko tak głupio mu było o to poprosić. Szkoda, że nie istniał jakiś przycisk powodujący, że znów wypluwała z siebie słowa.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.