25.12.2022, 12:27 ✶
- Głodna brygadzistka, to zła brygadzistka – odpowiedział jej ze śmiechem. Gdyby nie pobojowisko wokół, mógłby przysiąc, że jej nastrój świadczy o tym, że wpadła na kawę i herbatniki, a nie w sprawie śledztwa. Sam nie pogardziłby teraz kawą i papierosem, ale na to nie mieli w tej chwili czasu. Brenna była w pracy, podczas gdy Fergus powinien wrócić do swojej, gdy tylko uporają się z problemem, który uniemożliwiał im otwarcie sklepu o czasie.
- Jak tak o tym mówisz, to może nie są tak głupi, jak mi się wydawało – zastanowił się, marszcząc przy tym czoło. – Przyszli na gotowe. W innym wypadku musieliby upolować jednorożca, a nie dość, że to złe – ciągnął dalej. Nawet nie wyobrażał sobie własnoręcznego zabicia tak niewinnego stworzenia. – To jeszcze trudne. Włosy mają o wiele większe działanie magiczne, kiedy jednorożec pozwala się zbliżyć dobrowolnie.
Nie uczyli tego w szkole, dając im po prostu do ręki przygotowane składniki, z których mieli tworzyć eliksiry. Wiedzę na temat ich pozyskiwania, a przynajmniej tych konkretnie potrzebnych do różdżek, Fergus otrzymał od swojego ojca. I, chcąc nie chcąc, musiał być mu za to wdzięczny, bo przynajmniej dawało mu to jakąś zaradność.
- Nigdy nie byłem za dobry w eliksirach, więc ci nie podpowiem – przyznał, nieco plując sobie w brodę, że nie słuchał Nory, kiedy ta twierdziła, że w końcu ułatwi mu to życie. Swoją drogą mógł ją zapytać, ot z czystej ciekawości, ale podejrzewał, że usłyszałby wtedy po prostu: „a nie mówiłam?”, a na tę satysfakcję nie mógł jej pozwolić. To się akurat nigdy nie zmieniło – lubił mieć rację i nie potrafił przyznawać się do błędu przed panną Figg.
Posłał Brennie pytające spojrzenie, nie wiedząc, o co chodziło, aż w końcu go zamurowało. Choć jeszcze sekundę temu stała tu znajoma kobieta, teraz po sklepie kręcił się wilk z prawdziwego zdarzenia. Wyjątkowo ludzki w swoim skupieniu i przez to jeszcze bardziej przerażający. Chociaż wiedział, że to nie prawdziwe zwierzę, a jedynie świetna forma animagiczna, nie mógł nie odczuwać lęku i podziwu na ten widok. Nie ruszał się, nie chcąc przeszkadzać jej w badaniu tropów, jedynie odwracając głowę w kierunku drzwi, gdy znajdujący się przy nich dzwonek się odezwał.
- Fergusie, Fortescue prosił, żebyś zajrzał do niego wieczorem. Twierdził, że zdobył jakiś dziennik, o którym z tobą rozmawiał, nie wdawałem się w szczegóły – mówi jego ojciec, wygładzając szatę, która pomięła się w kilku miejscach. Ciemne włosy o siwiejących pasmach sterczały mu we wszystkie możliwe strony, świadcząc o tym, że od rana był w ruchu. Przez moment patrzył jedynie na swoje ubranie, aż w końcu zamarł, gdy uniósł wzrok. – Na świętą różdżkę Merlina, co tu się…
- Brygada Uderzeniowa, tato – wyjaśnił Fergus, uśmiechając się pod nosem na reakcję starszego Ollivandera, choć sam przed chwilę był w nie lepszym stanie. – Brenna Longbottom – wspomniał, wskazując na wilka. – I… – w tym wypadku przerwał, uświadomiwszy sobie, że nie znał nazwiska drugiego brygadzisty.
- Ah tak, panna Longbottom. Cedr i pióro feniksa, dobrze pamiętam? – spytał, zwracając się w kierunku wilka, choć nie mógł otrzymać od niego werbalnej odpowiedzi. Najwyraźniej to według niego było dobrym sposobem na przywitanie się z gośćmi. – Wyjątkowo dobra do pojedynków i, jak widać, również do transmutacji.
- Dowiedziałeś się czegoś? – zapytał go Fergus, przesuwając wzrok z wilczycy w kierunku rodzica. Może to i lepiej, że ojciec wpadł w trans różdżkowy, zamiast po raz kolejny panikować z powodu włamania. Raczej długo się po tym nie pozbierają, tracąc sporą część artefaktów z włosami jednorożca. Kolejny rocznik Hogwartu będzie wyjątkowo bogaty we włókna smoczego serca, bo feniksy potrafiły być doprawdy wybredne, a pozostałe rdzenie stawały się coraz większą rzadkością.
- Florian nic nie widział – przyznał pan Ollivander, patrząc na Brennę w postaci wilka, bo to właśnie jej bardziej przydadzą się te informacje. – U Wrightów nadal zamknięte, mają jakąś inwentaryzację, więc mnie nie wpuszczą. A Madame Malkin jest zbyt przygłucha, żeby cokolwiek usłyszeć.
Czyli kończyli z niczym, cudownie.
- Jak tak o tym mówisz, to może nie są tak głupi, jak mi się wydawało – zastanowił się, marszcząc przy tym czoło. – Przyszli na gotowe. W innym wypadku musieliby upolować jednorożca, a nie dość, że to złe – ciągnął dalej. Nawet nie wyobrażał sobie własnoręcznego zabicia tak niewinnego stworzenia. – To jeszcze trudne. Włosy mają o wiele większe działanie magiczne, kiedy jednorożec pozwala się zbliżyć dobrowolnie.
Nie uczyli tego w szkole, dając im po prostu do ręki przygotowane składniki, z których mieli tworzyć eliksiry. Wiedzę na temat ich pozyskiwania, a przynajmniej tych konkretnie potrzebnych do różdżek, Fergus otrzymał od swojego ojca. I, chcąc nie chcąc, musiał być mu za to wdzięczny, bo przynajmniej dawało mu to jakąś zaradność.
- Nigdy nie byłem za dobry w eliksirach, więc ci nie podpowiem – przyznał, nieco plując sobie w brodę, że nie słuchał Nory, kiedy ta twierdziła, że w końcu ułatwi mu to życie. Swoją drogą mógł ją zapytać, ot z czystej ciekawości, ale podejrzewał, że usłyszałby wtedy po prostu: „a nie mówiłam?”, a na tę satysfakcję nie mógł jej pozwolić. To się akurat nigdy nie zmieniło – lubił mieć rację i nie potrafił przyznawać się do błędu przed panną Figg.
Posłał Brennie pytające spojrzenie, nie wiedząc, o co chodziło, aż w końcu go zamurowało. Choć jeszcze sekundę temu stała tu znajoma kobieta, teraz po sklepie kręcił się wilk z prawdziwego zdarzenia. Wyjątkowo ludzki w swoim skupieniu i przez to jeszcze bardziej przerażający. Chociaż wiedział, że to nie prawdziwe zwierzę, a jedynie świetna forma animagiczna, nie mógł nie odczuwać lęku i podziwu na ten widok. Nie ruszał się, nie chcąc przeszkadzać jej w badaniu tropów, jedynie odwracając głowę w kierunku drzwi, gdy znajdujący się przy nich dzwonek się odezwał.
- Fergusie, Fortescue prosił, żebyś zajrzał do niego wieczorem. Twierdził, że zdobył jakiś dziennik, o którym z tobą rozmawiał, nie wdawałem się w szczegóły – mówi jego ojciec, wygładzając szatę, która pomięła się w kilku miejscach. Ciemne włosy o siwiejących pasmach sterczały mu we wszystkie możliwe strony, świadcząc o tym, że od rana był w ruchu. Przez moment patrzył jedynie na swoje ubranie, aż w końcu zamarł, gdy uniósł wzrok. – Na świętą różdżkę Merlina, co tu się…
- Brygada Uderzeniowa, tato – wyjaśnił Fergus, uśmiechając się pod nosem na reakcję starszego Ollivandera, choć sam przed chwilę był w nie lepszym stanie. – Brenna Longbottom – wspomniał, wskazując na wilka. – I… – w tym wypadku przerwał, uświadomiwszy sobie, że nie znał nazwiska drugiego brygadzisty.
- Ah tak, panna Longbottom. Cedr i pióro feniksa, dobrze pamiętam? – spytał, zwracając się w kierunku wilka, choć nie mógł otrzymać od niego werbalnej odpowiedzi. Najwyraźniej to według niego było dobrym sposobem na przywitanie się z gośćmi. – Wyjątkowo dobra do pojedynków i, jak widać, również do transmutacji.
- Dowiedziałeś się czegoś? – zapytał go Fergus, przesuwając wzrok z wilczycy w kierunku rodzica. Może to i lepiej, że ojciec wpadł w trans różdżkowy, zamiast po raz kolejny panikować z powodu włamania. Raczej długo się po tym nie pozbierają, tracąc sporą część artefaktów z włosami jednorożca. Kolejny rocznik Hogwartu będzie wyjątkowo bogaty we włókna smoczego serca, bo feniksy potrafiły być doprawdy wybredne, a pozostałe rdzenie stawały się coraz większą rzadkością.
- Florian nic nie widział – przyznał pan Ollivander, patrząc na Brennę w postaci wilka, bo to właśnie jej bardziej przydadzą się te informacje. – U Wrightów nadal zamknięte, mają jakąś inwentaryzację, więc mnie nie wpuszczą. A Madame Malkin jest zbyt przygłucha, żeby cokolwiek usłyszeć.
Czyli kończyli z niczym, cudownie.