Duma. Opisywała sylwetkę Geraldine, jakby była słowem zdolnym ująć w sobie styl, siłę, jej bezpośredniość i jej zdolność zachowania klasy. Była jej skórą, ale nie twardniała jak skóra drzew zmieniająca się w korę. Nie pytał jej nigdy, czy ta duma sprawiała, że czasem cierpiała - czy widziała to, że te śliczne, urocze panienki o długich nogach zdobywają liczne spojrzenia płci przeciwnej, a jej się większość mężczyzn zwyczajnie bała. Nie było wielu amatorów takiej siły w sylwetce, nie było wielu amatorów takiej siły w charakterze. Geraldine potrafiła być zaskakująco miękka, jeśli tylko dało się jej okazję zbliżyć, troskliwa, jeśli tylko miała się o co troszczyć i kochliwa, jeśli tylko emocje ścisnęły jej serce. Nie był osobą, która by się wypowiadała "noo, ty to zasługujesz żeby KAŻDY się za tobą oglądał!". Nigdy nie będzie to KAŻDY. Nawet kobiety, które przyciągały tysiące, setki tysiące spojrzeń w gazetach nie miały takiej mocy, żeby obezwładnić swoim urokiem KAŻEGO. Ten "każdy" miał swoje preferencje, miewał lepszy czy gorszy dzień, był bardziej zapracowany, albo i nie, zapatrzony tylko w swoją żonę, albo miał inną orientację seksualną. Mógłby powiedzieć 'zasługujesz na kogoś dobrego'. Tak, mógłby. Kogoś, kto o nią zadba. I tak, jak pogawędka o jego specyficznym urlopie, na którym zaliczył nawet ślub hipisów (nieplanowanie) była na inny raz, tak i pogawędki o sprawach sercowych kobiety nie była tu i teraz. Jedyną część jej serca, jaką zamierzał poruszać, to ta, która dotyczyła jej brata i ojca. Więc nie, to nawet nie był temat do tego, czy coś tutaj było do przebaczania czy też nie. Sam nie chciał teraz o tym rozmawiać. Nie chciał aż tak rozpraszać nawet swoich myśli od tego, co mogą napotkać, a na czym warto się skupić. Nie chciał odrywać swoich myśli od Geraldine, jeśli go potrzebowała.
To był jeden ze śmiechów Matki z Bletchleya - miał pamięć doskonałą, ale w lesie, na polach, na łonie natury gubił się od razu. Nie wiedział, gdzie jest i co się dzieje. Niby mógł zapamiętać każde mijane drzewo, ale kiedy próbował zebrać je w całość i rozstawić plan drogi, jaką przeszedł, już każde z drzew wydawało mu się takie same i jednak stać w innym miejscu, niż powinno. Więc kiedy tylko jakikolwiek wypad zaliczał w sobie pójście do lasu to od razu unosił palec, żeby zażyczyć sobie personalnej nianki. I żeby czasem go tam nie zostawiać. To wspomnienie zagubienia się w tym lesie było naprawdę traumatyczne.
Powędrowali po dużej posiadłości, która była powiązana z pobliskim rezerwatem - jednym chyba z najlepszych, jeśli chodzi o smoki? W tym temacie nie był specjalistą, ale nie słyszał niepochlebnych opinii. Wkroczyli przez główne drzwi - wnętrze było pogrążone w cieniach, ale wystarczyło jedno machniecie różdżką i już światła w korytarzu rozjaśniały się, żeby przeprowadzić ich do jednego, konkretnego pomieszczenia. Nie było Gerarda, więc był Thoran. Siedział w swoim pokoju jakby nigdy nic. Może jakby na nich czekał? Ale to przecież oznaczałoby, że potrafił zaglądać w przyszłość, a nie potrafił... prawda? Wycinał właśnie kawałki kartek niekoniecznie przejmując się tym, że wychodzi to nierówno - najwyraźniej nie miały być na pokaz. Więc kiedy rozległo się pukanie do drzwi to Geraldine mogła usłyszeć zaproszenie do środka. A jeśli pukania nie było to mogli uświadczyć uśmiech, który malował się na twarzy mężczyzny, gdy obrócił się w stronę drzwi. Podły, cwaniaczki uśmieszek i wzrok, który błysnął z siostry na jej gościa.
- Kopę lat. - Cain uśmiechnął się do mężczyzny.
- Wizyty o tak późnej godzinie? Tak wypada? - Zwrócił się do Geraldine z jakąś pogardą słyszalną w głosie. - Ależ zapraaaszam! Usiądźcie sobie, nie ma probleemu~.