Miał tą niewzruszoną, fatalistyczną pewność której nawet nie próbował zwalczać, że któregoś dnia ojciec doprowadzi go na skraj szaleństwa — stanie tam razem z nim, wspólnie w zadumie spojrzą w dół — a następnie położy dłoń na jego plecach i brutalnie zepchnie go w bezkresną otchłań.
Wiedział, że matka w tym czasie nie podniesie nawet głowy znad szklanki z ognistą, że dla niej pozbycie się tego rozczarowania będzie ulgą, że sama snuje marzenia pozbycia się ich obojga ze zniszczonego przez nich własnego życia — tylko nie ma narzędzi ani sił, żeby swoje marzenie wyegzekwować.
Ten dzień się zbliżał. Rankiem dostał od rodziców sowę wyrażającą głęboką dezaprobatę w kwestii ścieżki jego kariery, a kiedy zgodnie z żądaniem deportował się w ich starym domu na wybrzeżu, rozpętało się prawdziwe piekło. Awanturę musieli słyszeć wszyscy sąsiedzi, ale nikt nie zapukał do drzwi; nieme przyzwolenie dla Borginów do żarcia się we własnym gronie. Przemoc już nie wystarczała — Logan wzrostem dawno przewyższył ojca — ale oboje znali już o wiele subtelniejsze i zdecydowanie bardziej krzywdzące narzędzia do sterowania życiem swojego syna. A on kształtował swoje mechanizmy tortur swoich rodziców. Opuścił rodzinny dom wzburzony, nie kontrolując klątwy wypalającej tęczówki żywym ogniem.
Logan ledwie wkraczał w dorosłość, miał raptem dwadzieścia cztery lata, a czuł się zmęczony i stary.
Tego dnia szczególnie — być może dlatego przyjął propozycję Loretty bez chwili wahania. Potrzebował pewnej stałej, której mógłby się złapać, potrzebował znajomych oczu i przewidywalnych reakcji; potrzebował uwielbienia, które czasem wymykało się spod jej kontroli, a które on potrafił wyłapać i którym regularnie karmił swoje ego. Logan był świadomy, że tak chętne przystanie na jej bardzo prostą propozycję nie przejdzie bez echa w umyśle dziewczyny.
Wróć.
Miał na to nadzieję.
Kiedy drzwi otworzyła mu Loretta ubrana jedynie w koszulę, uśmiechnął się krzywo, w typowy dla siebie sposób nie mający zbyt wiele wspólnego z prawdziwym szczęściem. W mniej typowy dla siebie sposób — przynajmniej jeśli o nią chodziło — przesunął spojrzeniem po nagich udach, bardzo krótko zastanawiając się nad możliwymi konsekwencjami przyjścia do niej w takim stanie.
Przyjął butelkę. Wypił ciągiem kilka długich, palących gardło łyków świadczących jawnie o desperacji. Wolno odsunął ją od ust i westchnął przeciągle. Znów zatrzymał spojrzenie na twarzy Loretty, wciąż jeszcze stojąc w samym wejściu do jej mieszkania, tuż za zamkniętymi drzwiami. Dopiero wtedy się odezwał.
— Niezły. — Jak zwykle bez zbędnych powitań, jak zwykle wylewnie.
Po tym słowie oddał Loretcie butelkę i wyminął ją, żeby wejść w głąb mieszkania. Spojrzeniem przesunął po farbach zawalających większą część płaskich powierzchni, zatrzymał je wreszcie na sztalugach i płótnach.
— Nad czym pracujesz? — zapytał, idąc w kierunku jednej ze sztalug.
just wanna bury them