21.05.2024, 19:42 ✶
Kobiety przede wszystkim nie rozpływały się w powietrze wraz ze swoim domem. Ich ojcowie zresztą też nie.
– Nie, nic dziwnego. Po prostu zapomniałem, że urządziliśmy sobie noc pod gołym niebem w ruinach. Moja wina, fałszywy alarm, śpij dalej – odparł, może nieco za bardzo złośliwie, ale w nerwach nawet nieszczególnie o tym myślał.
Na całe szczęście sam Laurent szybko zrozumiał czemu jego kuzyn był taki poddenerwowany.
– To jest dom pana Binnsa – mruknął, wciąż chodząc po wszystkich "pomieszczeniach" z szybkością, która pewnie zaraz nakaże jego ciału odpocząć. – Tylko pana Binnsa od dawna w nim pewnie nie ma. Albo to nawet nie był pan Binns. Tylko coś innego.
Na całe szczęście ich ubrania, które miały wyschnąć nie zniknęły wraz ze ścianami domu. Dopadł do ich rzeczy, teraz porzuconych obok jakiejś paprotki, i szybko zaczął sprawdzać, czy wszystko na pewno było. Ubrania w tym jego płaszcz, który naprawdę lubił, były. Zaraz to w takim razie co mieli na sobie? Zerknął w dół. Aha. Jakieś zdecydowanie za stare swetry. No dobrze. Przynajmniej nie byli nadzy. Jego torba? Była. Pieniądze? Były. Listy od ciotki? Były, chociaż za nimi akurat by nie płakał. Apteczka z różnymi eliksirami i maściami w tym lekami na jego chorobę? Była. Odetchnął z ulgą i wyprostował się. Przynajmniej o to nie musieli się martwić. Abrakasany też nie wydawały się być uszkodzone, jedynie trochę zaskoczone, jak oni wszyscy.
Co czyniło tę sytuacje jedynie trochę lepszą.
– Na pewno nic ci nie jest? – spytał, wciąż chodząc po pomieszczeniu, chociaż już nieco wolniej. Szukał czegoś. Czegokolwiek, co rzuciłoby mu jasność na tę sytuację. Obrzucił kuzyna czujnym spojrzeniem. – Potem cię zbadam – oznajmił tonem nieznoszącym sprzeciwu. Nie wiedział czym było to co jedli, skoro nie było to jedzenie. Nie wiedział, czy jakaś złośliwa klątwa teraz nie przyczepiła się do nich.
– Nie, nic dziwnego. Po prostu zapomniałem, że urządziliśmy sobie noc pod gołym niebem w ruinach. Moja wina, fałszywy alarm, śpij dalej – odparł, może nieco za bardzo złośliwie, ale w nerwach nawet nieszczególnie o tym myślał.
Na całe szczęście sam Laurent szybko zrozumiał czemu jego kuzyn był taki poddenerwowany.
– To jest dom pana Binnsa – mruknął, wciąż chodząc po wszystkich "pomieszczeniach" z szybkością, która pewnie zaraz nakaże jego ciału odpocząć. – Tylko pana Binnsa od dawna w nim pewnie nie ma. Albo to nawet nie był pan Binns. Tylko coś innego.
Na całe szczęście ich ubrania, które miały wyschnąć nie zniknęły wraz ze ścianami domu. Dopadł do ich rzeczy, teraz porzuconych obok jakiejś paprotki, i szybko zaczął sprawdzać, czy wszystko na pewno było. Ubrania w tym jego płaszcz, który naprawdę lubił, były. Zaraz to w takim razie co mieli na sobie? Zerknął w dół. Aha. Jakieś zdecydowanie za stare swetry. No dobrze. Przynajmniej nie byli nadzy. Jego torba? Była. Pieniądze? Były. Listy od ciotki? Były, chociaż za nimi akurat by nie płakał. Apteczka z różnymi eliksirami i maściami w tym lekami na jego chorobę? Była. Odetchnął z ulgą i wyprostował się. Przynajmniej o to nie musieli się martwić. Abrakasany też nie wydawały się być uszkodzone, jedynie trochę zaskoczone, jak oni wszyscy.
Co czyniło tę sytuacje jedynie trochę lepszą.
– Na pewno nic ci nie jest? – spytał, wciąż chodząc po pomieszczeniu, chociaż już nieco wolniej. Szukał czegoś. Czegokolwiek, co rzuciłoby mu jasność na tę sytuację. Obrzucił kuzyna czujnym spojrzeniem. – Potem cię zbadam – oznajmił tonem nieznoszącym sprzeciwu. Nie wiedział czym było to co jedli, skoro nie było to jedzenie. Nie wiedział, czy jakaś złośliwa klątwa teraz nie przyczepiła się do nich.