21.05.2024, 20:51 ✶
Spojrzał na nią zaskoczony chcąc dopytać się o tę Francescę z kalendarzem, ale po chwili uznał, że jednak nie chce znać szczegółów tego snu. Zresztą sam miał wrażenie, gdy na chwilę przysnął, że Francesca do niego gadała i pytała, czy John to ładne imię dla dziecka. Brr...
– W porządku? – spytał zaalarmowany, tym że się skrzywiła. – Postaraj się nie śmiać za bardzo, dobrze? Przynajmniej na razie. Boli coś samo z siebie, czy tylko, gdy się zaśmiałaś?
Bardzo uważnie odprowadził Brennę wzrokiem, aż wreszcie usiadła na krześle.
Teraz to on się zaśmiał.
– Patrząc na to, że nie zapowiedziałaś u mnie noclegu, to myślę, że cztery gwiazdki to bardzo dobra ocena – stwierdził, biorąc łyka mocnej kawy. Zazwyczaj jej nie pił, ale tego poranka jednak wolał funkcjonować trochę lepiej, niż jakieś zombie. Jak dobrze, że nie miał dzisiaj pracy, bo coś czuł, że nie wytrzymałby tych wszystkich godzin swojej zmiany, a starał się nie brać za często zwolnień. – Kawy? Albo wody? Herbaty?
Nie chciał się kłócić już o to co komu był winny. Po prostu jeśli Brenna mu cokolwiek wyśle, to odeśle to powrotem. To chyba był ostateczny dowód na to, że, nie ważne jak narzekał na ich spotkania, to lubił czarownicę na swój sposób. Wielu innym tak bardzo nie odmawiałby chęci odpłacenia się za pomoc.
– Myślę, że jest po prostu bardzo zdesperowana – stwierdził. Ale on nie był, więc i tak nic by z tego nie wyniknęło. Zresztą po tym jak się rozstali... – Pewnie teraz rozgaduje, że nie wiem, jestem jakimś łamaczem serc, który obiecuje kobietom wszystkie skarby świata, a potem je porzuca. – Chyba w tej księgarni przez jakiś czas już się nie pojawi.
Też nie wiedział jakby zniósł obiadki u Longbottomów, ale pewnie potrzebowałby nosić przy sobie dużo eliksirów na serce. I apteczkę, bo miał wrażenie, że wpadanie w kłopoty było nieco dziedziczne, a przypadek Brenny nie byl jedynym.
– Myślę, że na razie i tak odpuszczę sobie randki – powiedział ugodowo, ale szczerze.
– Ja... – zawahał się i wziął głęboki oddech. – Brenno, to zabrzmi bardzo bardzo głupio, ale proszę cię posłuchaj mnie do końca, dobrze? Tak rzeczywiście wczoraj była sobota szóstego września. I... Nigdy by mi to do głowy nie przyszło, ale Millie Moody zauważyła, że sześć i dziewięć... Ekhem, mają swoje konotacje. Nie, że ustalałem tak datę randki, jak mówię nawet o tym nie pomyślałem. I sam uznałem, że to było głupie. Ale potem ona postawiła tego tarota. I potem to się w sumie sprawdziło więc sam nie wiem. Może to rzeczywiście też się liczyło, jako dziwną liczba? – Brenna zaraz uzna, że majaczy, prawda?
– W porządku? – spytał zaalarmowany, tym że się skrzywiła. – Postaraj się nie śmiać za bardzo, dobrze? Przynajmniej na razie. Boli coś samo z siebie, czy tylko, gdy się zaśmiałaś?
Bardzo uważnie odprowadził Brennę wzrokiem, aż wreszcie usiadła na krześle.
Teraz to on się zaśmiał.
– Patrząc na to, że nie zapowiedziałaś u mnie noclegu, to myślę, że cztery gwiazdki to bardzo dobra ocena – stwierdził, biorąc łyka mocnej kawy. Zazwyczaj jej nie pił, ale tego poranka jednak wolał funkcjonować trochę lepiej, niż jakieś zombie. Jak dobrze, że nie miał dzisiaj pracy, bo coś czuł, że nie wytrzymałby tych wszystkich godzin swojej zmiany, a starał się nie brać za często zwolnień. – Kawy? Albo wody? Herbaty?
Nie chciał się kłócić już o to co komu był winny. Po prostu jeśli Brenna mu cokolwiek wyśle, to odeśle to powrotem. To chyba był ostateczny dowód na to, że, nie ważne jak narzekał na ich spotkania, to lubił czarownicę na swój sposób. Wielu innym tak bardzo nie odmawiałby chęci odpłacenia się za pomoc.
– Myślę, że jest po prostu bardzo zdesperowana – stwierdził. Ale on nie był, więc i tak nic by z tego nie wyniknęło. Zresztą po tym jak się rozstali... – Pewnie teraz rozgaduje, że nie wiem, jestem jakimś łamaczem serc, który obiecuje kobietom wszystkie skarby świata, a potem je porzuca. – Chyba w tej księgarni przez jakiś czas już się nie pojawi.
Też nie wiedział jakby zniósł obiadki u Longbottomów, ale pewnie potrzebowałby nosić przy sobie dużo eliksirów na serce. I apteczkę, bo miał wrażenie, że wpadanie w kłopoty było nieco dziedziczne, a przypadek Brenny nie byl jedynym.
– Myślę, że na razie i tak odpuszczę sobie randki – powiedział ugodowo, ale szczerze.
– Ja... – zawahał się i wziął głęboki oddech. – Brenno, to zabrzmi bardzo bardzo głupio, ale proszę cię posłuchaj mnie do końca, dobrze? Tak rzeczywiście wczoraj była sobota szóstego września. I... Nigdy by mi to do głowy nie przyszło, ale Millie Moody zauważyła, że sześć i dziewięć... Ekhem, mają swoje konotacje. Nie, że ustalałem tak datę randki, jak mówię nawet o tym nie pomyślałem. I sam uznałem, że to było głupie. Ale potem ona postawiła tego tarota. I potem to się w sumie sprawdziło więc sam nie wiem. Może to rzeczywiście też się liczyło, jako dziwną liczba? – Brenna zaraz uzna, że majaczy, prawda?