25.12.2022, 15:04 ✶
Już tak niewiele brakowało do dotarcia do upatrzonego straganu, aż tu prawie… zderzyła się z kimś innym. Prawie. Jakimś cudem jednak kobiety uniknęły zderzenia, a Eunice rozpoznała w tej przypadkowej osobie swoją własną wykładowczynię. Nawet jeśli nie odbywała stażu dokładnie na wydziale Bulstrode, to część zagadnień pokrywała się właśnie z tymi wykładanymi przez Florence; stąd i niedziwne, że w swej edukacyjnej ścieżce natknęła się również i na tę łamaczkę klątw.
- Pani Bulstrode – przywitała się, posyłając oszczędny, uprzejmy uśmiech. Dokładnie taki, jaki się oferuje komuś poważanemu, z którym jednak nie jest się w szczególnie zażyłych stosunkach. Zresztą, TA Bulstrode i zażyłe stosunki ze stażystami w Mungu? To brzmiało jak całkowity oksymoron, coś, co mogło się wydarzyć dopiero wtedy, gdy słońce wzejdzie na zachodzie, a góry staną się morzami.
Niewielki krok w bok i wyminięcie, lekkim, niemalże tanecznym krokiem – takie było zamierzenie, w końcu nie straciła z oczu dopadnięcia swojego celu. No i nie spodziewała się jakichkolwiek pogaduszek z uzdrowicielką, nawet w dniu Ostary. W zasadzie to prędzej by założyła, iż Bulstrode będzie miała dyżur niż przechadzała się wśród straganów sabatu. Stąd też krok nie nastąpił.
- Szeptucha? – zmarszczyła nieznacznie brwi, zaskoczona, iż ze wszystkich możliwych tematów Florence sięgnęła po ten, już z pominięciem faktu, iż raczej spodziewałaby się rozejścia w swoje strony. Tak po prostu. - Owszem, kojarzę ją. Faktycznie jest dość dziwna, niemniej rzekłabym, że również i nieszkodliwa. O ile jej się nie zaczepia. – stwierdziła. Tyle że „tak, kojarzę” z pewnością nie miało wystarczyć uzdrowicielce; zadane pytanie musiało dokądś prowadzić.
- Dlaczego pani pyta? – zerknęła uważniej na Bulstrode, czujniej. Niepewna, co do końca uzdrowicielka miała na myśli. Doprawdy, prędzej spodziewała się po niej zaciągania na słynne dyktanda niż… tego.
Ale może to po prostu magia Ostary, nawet Florence musiała by przecież człowiekiem i nie żyć wyłącznie samą pracą. Przecież tak się chyba nie dało…?
- Pani Bulstrode – przywitała się, posyłając oszczędny, uprzejmy uśmiech. Dokładnie taki, jaki się oferuje komuś poważanemu, z którym jednak nie jest się w szczególnie zażyłych stosunkach. Zresztą, TA Bulstrode i zażyłe stosunki ze stażystami w Mungu? To brzmiało jak całkowity oksymoron, coś, co mogło się wydarzyć dopiero wtedy, gdy słońce wzejdzie na zachodzie, a góry staną się morzami.
Niewielki krok w bok i wyminięcie, lekkim, niemalże tanecznym krokiem – takie było zamierzenie, w końcu nie straciła z oczu dopadnięcia swojego celu. No i nie spodziewała się jakichkolwiek pogaduszek z uzdrowicielką, nawet w dniu Ostary. W zasadzie to prędzej by założyła, iż Bulstrode będzie miała dyżur niż przechadzała się wśród straganów sabatu. Stąd też krok nie nastąpił.
- Szeptucha? – zmarszczyła nieznacznie brwi, zaskoczona, iż ze wszystkich możliwych tematów Florence sięgnęła po ten, już z pominięciem faktu, iż raczej spodziewałaby się rozejścia w swoje strony. Tak po prostu. - Owszem, kojarzę ją. Faktycznie jest dość dziwna, niemniej rzekłabym, że również i nieszkodliwa. O ile jej się nie zaczepia. – stwierdziła. Tyle że „tak, kojarzę” z pewnością nie miało wystarczyć uzdrowicielce; zadane pytanie musiało dokądś prowadzić.
- Dlaczego pani pyta? – zerknęła uważniej na Bulstrode, czujniej. Niepewna, co do końca uzdrowicielka miała na myśli. Doprawdy, prędzej spodziewała się po niej zaciągania na słynne dyktanda niż… tego.
Ale może to po prostu magia Ostary, nawet Florence musiała by przecież człowiekiem i nie żyć wyłącznie samą pracą. Przecież tak się chyba nie dało…?
305/1401