21.05.2024, 21:16 ✶
„Ach tak”.
Proste pytanie – prosta odpowiedź – jeszcze prostsza reakcja. Komunikacja między tą dwójką mogłaby z łatwością uchodzić za piękny przykład jak szanować coś tak cennego jak powietrze. I słowa. Ponieważ Lorien nie odpowiedziała już nic, pozwalając mu wrócić do czytania porannej gazety – temat praktycznie umarł śmiercią naturalną.
Wzięła sobie jedną z miseczek różanej konfitury. Nakładała ją metodycznie na pojedyncze kawałeczki rogalika tuż przed ich zjedzeniem. Po trzech odłożyła łyżeczkę na talerzyk.
- Brava! To bardzo dobre wyniki.- Odpowiedziała na słowa Sophie ze szczerością człowieka, który całe życie nienawidził eliksirów. Chciała jeszcze coś dodać na temat jej powrotu, sięgając po swoją kawę.
Całe szczęście, że nie zdążyła nawet jej podnieść, bo siedząca obok rudowłosa postanowiła… Opluć Stanleya? Tak to przynajmniej wyglądało z perspektywy Lorien.
Otworzyła oburzona usta, ale z tego wszystkiego nie wyrzuciła z siebie nawet ostrego, krótkiego „Sophie!”. W przeciwieństwie jednak do męża była jednak dużo bardziej ekspresywna w reakcji na taką sytuację. Włoskie geny matki dawały o sobie znać właśnie w takich momentach. Zresztą w stronę Roberta spojrzała najpierw, ale no oczywiście, jak się siedzi z nosem w gazecie, to się nie widzi pięknego zachowania córeczki!
Więc spróbowała złapać kontakt wzrokowy z Richardem siedzącym naprzeciwko. Jeśli jej się to udało to skinęła tylko minimalnie głową w stronę pasierbicy, która właśnie podnosiła się z krzesła i poruszyła ustami w niemym „widziałeś to?!”.
Odchyliła się na krześle, krzyżując ramiona na wysokości piersi i obserwując całą trójkę dzieciaków. Jedno się opluło, drugie wyglądało jakby się dławiło, a trzecie... W porządku, w tym momencie, Charlie był najgrzeczniejszy z nich wszystkich. Choć krzywił się jakby znalazł w dżemie jaja akromantuli i popisywał się magią bezróżdżkową na lewo i prawo.
Już nawet nie patrzyła na Borgina.
Nie. W tym momencie Lorien zaczęła bardzo, bardzo głęboko zastanawiać się jakie grzechy musiała popełnić w poprzednim życiu, że w tym skazano ją na taki cyrk. Zechciało jej się ustatkować na starość. Zrobić przyjemność rodzicom i nie umrzeć jako stara panna. A mogłaby teraz siedzieć w ciszy i spokoju. To nie.
Puściła mimo uszu komentarz Roberta o ojcu. Szczerze mówiąc nawet nie zwróciła uwagi, kiedy przestał się chować za gazetą, zbyt pogrążona we własnych myślach, czując narastającą irytację i duże prawdopodobieństwo migreny później. Na ziemię ściągnął ją dopiero tekst o wyjeździe. Zmarszczyła lekko brwi. To była nowość.
Poczuła na nowo tą okropną gulę w gardle – a może o tym wiedziała, ale zapomniała? Może to było kolejnym kawałeczkiem, który utraciła gdzieś po drodze?
- Jedziecie do Norwegii?- Zapytała wprost. Bardziej w celu potwierdzenia, że dobrze usłyszała niż jako faktyczne pytanie za którym kryły się kolejne. Cudowna zero-jedynkowa komunikacja.
Nie zmieniła natomiast pozycji, ale przynajmniej oderwała wzrok od Sophie, która najwyraźniej próbowała ratować swoją sytuację jak chcecie.
Utkwiła uważne spojrzenie w twarzy męża.
Proste pytanie – prosta odpowiedź – jeszcze prostsza reakcja. Komunikacja między tą dwójką mogłaby z łatwością uchodzić za piękny przykład jak szanować coś tak cennego jak powietrze. I słowa. Ponieważ Lorien nie odpowiedziała już nic, pozwalając mu wrócić do czytania porannej gazety – temat praktycznie umarł śmiercią naturalną.
Wzięła sobie jedną z miseczek różanej konfitury. Nakładała ją metodycznie na pojedyncze kawałeczki rogalika tuż przed ich zjedzeniem. Po trzech odłożyła łyżeczkę na talerzyk.
- Brava! To bardzo dobre wyniki.- Odpowiedziała na słowa Sophie ze szczerością człowieka, który całe życie nienawidził eliksirów. Chciała jeszcze coś dodać na temat jej powrotu, sięgając po swoją kawę.
Całe szczęście, że nie zdążyła nawet jej podnieść, bo siedząca obok rudowłosa postanowiła… Opluć Stanleya? Tak to przynajmniej wyglądało z perspektywy Lorien.
Otworzyła oburzona usta, ale z tego wszystkiego nie wyrzuciła z siebie nawet ostrego, krótkiego „Sophie!”. W przeciwieństwie jednak do męża była jednak dużo bardziej ekspresywna w reakcji na taką sytuację. Włoskie geny matki dawały o sobie znać właśnie w takich momentach. Zresztą w stronę Roberta spojrzała najpierw, ale no oczywiście, jak się siedzi z nosem w gazecie, to się nie widzi pięknego zachowania córeczki!
Więc spróbowała złapać kontakt wzrokowy z Richardem siedzącym naprzeciwko. Jeśli jej się to udało to skinęła tylko minimalnie głową w stronę pasierbicy, która właśnie podnosiła się z krzesła i poruszyła ustami w niemym „widziałeś to?!”.
Odchyliła się na krześle, krzyżując ramiona na wysokości piersi i obserwując całą trójkę dzieciaków. Jedno się opluło, drugie wyglądało jakby się dławiło, a trzecie... W porządku, w tym momencie, Charlie był najgrzeczniejszy z nich wszystkich. Choć krzywił się jakby znalazł w dżemie jaja akromantuli i popisywał się magią bezróżdżkową na lewo i prawo.
Już nawet nie patrzyła na Borgina.
Nie. W tym momencie Lorien zaczęła bardzo, bardzo głęboko zastanawiać się jakie grzechy musiała popełnić w poprzednim życiu, że w tym skazano ją na taki cyrk. Zechciało jej się ustatkować na starość. Zrobić przyjemność rodzicom i nie umrzeć jako stara panna. A mogłaby teraz siedzieć w ciszy i spokoju. To nie.
Puściła mimo uszu komentarz Roberta o ojcu. Szczerze mówiąc nawet nie zwróciła uwagi, kiedy przestał się chować za gazetą, zbyt pogrążona we własnych myślach, czując narastającą irytację i duże prawdopodobieństwo migreny później. Na ziemię ściągnął ją dopiero tekst o wyjeździe. Zmarszczyła lekko brwi. To była nowość.
Poczuła na nowo tą okropną gulę w gardle – a może o tym wiedziała, ale zapomniała? Może to było kolejnym kawałeczkiem, który utraciła gdzieś po drodze?
- Jedziecie do Norwegii?- Zapytała wprost. Bardziej w celu potwierdzenia, że dobrze usłyszała niż jako faktyczne pytanie za którym kryły się kolejne. Cudowna zero-jedynkowa komunikacja.
Nie zmieniła natomiast pozycji, ale przynajmniej oderwała wzrok od Sophie, która najwyraźniej próbowała ratować swoją sytuację jak chcecie.
Utkwiła uważne spojrzenie w twarzy męża.