21.05.2024, 22:57 ✶
— Masz czarującą osobowość i piękną buźkę. Właściwości poszczególnych eliksirów i listy składników ogarniesz w kilka miesięcy. I nawet się przy tym zbytnio nie spocisz. A na pewno mniej niż na treningach Harpii — odbił piłeczkę, szczerząc zęby do Rudej.
Oczy Lupina rozświetliły się, gdy Heather napomknęła, że mogłaby założyć fartuch aptekarski w nieco innej scenerii. Musiał przyznać przed samym sobą, że ta myśl bardzo mu się podobała. Może nawet bardziej od fantazji o Heather w pełnym umundurowaniu Brygady Uderzeniowej lub stroju sportowym Harpii z Holyhead. A może to po prostu praca w Szpitalu św. Munga tak mu się rzuciła na głowę, że mimowolnie zaczął przenosić elementy z czasu spędzonego w pracy do swojego życia prywatnego? Jak tak dalej pójdzie, to na następnej randce poprosi Rudą, żeby go przebadała i spróbowała postawić diagnozę.
— Rasistka — mruknął przekornie, gdy zdecydowała się na owoce z magicznych drzew. — A może ksenofobka? Nigdy nie pamiętam, co bardziej pasuje do mugoli.
Pocałunek zainicjowany przez Heather, chociaż krótki, był nadzwyczaj słodki i warty zapamiętania. Zdaniem Camerona stanowił poniekąd potwierdzenie tego, że na pewno wszystko było między nimi w porządku. Że ukryte w najciemniejszych zakamarkach jego serca wyrzuty nie skalały obrazu ich związku, jaki malowali z mieszanką zapalczywości, jak i uwagi.
Na tę krótką chwilę, gdy ich usta się ze sobą zetknęły, nie byli Cameronem i Heather. Nie byli sumą swoich marzeń, pragnień, potrzeb, zmartwień czy nawet bólu, jakiego doznali w ostatnich miesiącach pod wpływem okoliczności, na które nie mieli najmniejszego wpływu. Istniało tylko ich uczucie, słabość i siła jaką dzielili się ze sobą nawzajem, próbując przetrwać w tym świecie i nie zatracić tego, kim byli, zanim świat poszedł w diabły.
Gdyby ktoś ich teraz dostrzegł z daleka, zapewne pozostaliby dla tej osoby kolejną młodą parą, którą postanowiła spędzić czas pośród zaczarowanych sadów. Anonimowym ucieleśnieniem tego, że chociaż nad głowami czarodziejów i czarownic w kraju zbierały się czarne chmury, to nawet w ciężkich czasach można było znaleźć iskierkę autentyczności i szczerości. Bo to, że ich uczucie było prawdziwe, nie było domysłem, łgarstwem czy płonnymi nadziejami, a faktem, na który wspólnie pracowali jeszcze od czasów poprzedzających Beltane.
— He? — Uniósł zaskoczony brwi, gdy Ruda nieoczekiwanie oderwała się od niego. Nim zdołał zatrzymać ją przy sobie, dziewczyna pognała w stronę najbliższego drzewa. — Czekaj!
Rozpędził się i pobiegł za nią. Już po kilku metrach złapał lekką zadyszkę. Jednak bieganie po nierównym podłożu pełnym kamyczków, trawy, ziemi i piasku było znacznie innym doświadczeniem od codziennych maratonów w sercu Szpitala św. Munga. Tam największym zagrożeniem była świeżo umyta podłoga, która mogła poskutkować nagłym upadkiem. A tutaj? Cameron mógł równie dobrze wywalić się o własne nogi.
!sumaowoca
Oczy Lupina rozświetliły się, gdy Heather napomknęła, że mogłaby założyć fartuch aptekarski w nieco innej scenerii. Musiał przyznać przed samym sobą, że ta myśl bardzo mu się podobała. Może nawet bardziej od fantazji o Heather w pełnym umundurowaniu Brygady Uderzeniowej lub stroju sportowym Harpii z Holyhead. A może to po prostu praca w Szpitalu św. Munga tak mu się rzuciła na głowę, że mimowolnie zaczął przenosić elementy z czasu spędzonego w pracy do swojego życia prywatnego? Jak tak dalej pójdzie, to na następnej randce poprosi Rudą, żeby go przebadała i spróbowała postawić diagnozę.
— Rasistka — mruknął przekornie, gdy zdecydowała się na owoce z magicznych drzew. — A może ksenofobka? Nigdy nie pamiętam, co bardziej pasuje do mugoli.
Pocałunek zainicjowany przez Heather, chociaż krótki, był nadzwyczaj słodki i warty zapamiętania. Zdaniem Camerona stanowił poniekąd potwierdzenie tego, że na pewno wszystko było między nimi w porządku. Że ukryte w najciemniejszych zakamarkach jego serca wyrzuty nie skalały obrazu ich związku, jaki malowali z mieszanką zapalczywości, jak i uwagi.
Na tę krótką chwilę, gdy ich usta się ze sobą zetknęły, nie byli Cameronem i Heather. Nie byli sumą swoich marzeń, pragnień, potrzeb, zmartwień czy nawet bólu, jakiego doznali w ostatnich miesiącach pod wpływem okoliczności, na które nie mieli najmniejszego wpływu. Istniało tylko ich uczucie, słabość i siła jaką dzielili się ze sobą nawzajem, próbując przetrwać w tym świecie i nie zatracić tego, kim byli, zanim świat poszedł w diabły.
Gdyby ktoś ich teraz dostrzegł z daleka, zapewne pozostaliby dla tej osoby kolejną młodą parą, którą postanowiła spędzić czas pośród zaczarowanych sadów. Anonimowym ucieleśnieniem tego, że chociaż nad głowami czarodziejów i czarownic w kraju zbierały się czarne chmury, to nawet w ciężkich czasach można było znaleźć iskierkę autentyczności i szczerości. Bo to, że ich uczucie było prawdziwe, nie było domysłem, łgarstwem czy płonnymi nadziejami, a faktem, na który wspólnie pracowali jeszcze od czasów poprzedzających Beltane.
— He? — Uniósł zaskoczony brwi, gdy Ruda nieoczekiwanie oderwała się od niego. Nim zdołał zatrzymać ją przy sobie, dziewczyna pognała w stronę najbliższego drzewa. — Czekaj!
Rozpędził się i pobiegł za nią. Już po kilku metrach złapał lekką zadyszkę. Jednak bieganie po nierównym podłożu pełnym kamyczków, trawy, ziemi i piasku było znacznie innym doświadczeniem od codziennych maratonów w sercu Szpitala św. Munga. Tam największym zagrożeniem była świeżo umyta podłoga, która mogła poskutkować nagłym upadkiem. A tutaj? Cameron mógł równie dobrze wywalić się o własne nogi.
!sumaowoca
(Aktywność Fizyczna) Jak dobrze radzi sobie Cameron podczas wyścigu z Heather?
Rzut O 1d100 - 80
Sukces!
Sukces!
Cameron i Heather rzucają na AF. Wyższy wynik punktowy wygrywa bez względu na to czy wynik będzie twierdził, że jest to porażka/sukces/krytyczny sukces itd.