25.12.2022, 15:20 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.01.2023, 04:12 przez Tilly Toke.)
Zapadła pomiędzy nimi cisza przerywana jedynie zdławionymi oddechami. Mógłby przysiąc, że przez dobrą minutę próbował nie oddychać, nie ze stresu, a zwyczajnie, aby jego wysiłki nie poszły na marne. Wyszli z dormitorium, przeszli przez korytarze bez szwanku, mimo że zachowanie Perseusa mogłoby obudzić zmarłego (co nie byłoby wcale takie niemożliwe, biorąc pod uwagę jak stary był Hogwart i ilość duchów, która snuła się w jego murach), jeżeli ten uderzyłby starą, rycerską zbroję raz jeszcze. Elliott czuł jak za każdym kolejnym nierozważnym ruchem przyjaciela cienkie włoski cierpliwości zrywały się pod naporem skrywanej głęboko irytacji. Żył w przeświadczeniu, że jeżeli chciało się coś zrobić to wypadało zrobić to dobrze albo w ogóle się do tego nie zabierać, ta wyprawa nie była wyjątkiem.
Malfoy, być może ku zaskoczeniu zebranych, wcale nie wzdrygnął się na dźwięk piskliwego głosu Jęczącej Marty. Przymknął za to oczy, a pomiędzy jego brwiami pojawiła się charakterystyczna zmarszczka zwiastująca próbę stłamszenia zirytowania, które chciało z blondyna wyjść i prawdopodobnie stanąć obok, unosząc się w ten sam sposób co półprzezroczyste jestestwo martwej Krukonki. Przez złość na niekompetencje wszystkich dookoła, przysłaniającą mu gęstą mgłą obraz własnych wad, przebijał się strach związany z reakcją ojca na fakt włóczenia się po nocach z innym chłopcem. Blackowie mieli z rodziną Elliotta dobre stosunki, a sam ojciec Percy’ego trzymał się dość blisko Fortinbrasa, więc teoretycznie nie powinien się niczego obawiać, jednakże po wizycie w Lecznicy wszystko, co mogło być nawet odrobinę podejrzane młody Malfoy starał się ukrywać. Jego paranoja sięgała czasami absurdów wyższych niż sklepienie Wielkiej Sali, ale poza tłamszeniem jej w sobie nie znał jeszcze innego lekarstwa. W przyszłości miało się nią stać bezsenność i nadmierne kontrolowanie życia wszystkich dookoła, ale teraz był po prostu nastoletnim chłopcem stojącym w damskiej łazience, w poświacie księżyca i gwiazd, które mieli oglądać. Blask ciał niebieskich okalał kształty czarnych mundurków z zielonymi prześwitami oraz rozświetlał majacząca, półprzeźroczystą postać ducha.
– Może dlatego, że go widzi. – wycedził w końcu, gdy spojrzał na Martę i odsunął się tak, aby stać do niej przodem, a obok drugiego Ślizgona. Wciąż wyglądał jakby był urażony faktem, że dziewczyna śmiała im przeszkodzić – Mogłabyś być odrobinę ciszej? Tak się składa, że staramy się, aby nikt nas nie nakrył. – dodał szeptem, chociaż nie sądził, że jego prośba zostanie spełniona. Źle się do niej zabrał, był zbyt pretensjonalny, a duchy miał to do siebie, że było im wszystko jedno.
– Jaaaa mam być cicho?! To wyście weszli do łazienki DZIEWCZĄT. – Marta wycelowała paluchem prosto w ich stronę, oskarżycielsko. Nie przestała tez zawodzić, a jej głos rósł w siłę z każda chwilą, odbijając się od murów zamku.
– A dlaczego ty tu w ogóle jesteś? Duchy chyba nie korzystają z toalety. – blondyn zmarszczył brwi w skonsternowaniu i chociaż jego twarz tego nie wyrażała, pytanie jakie zadał było uszczypliwe. Dziewczyna wykrzywiła usta w nieprzyjemnym grymasie, jakby miała zaraz wpaść w histerie, rozpocząć ogromne tantrum.
Malfoy, być może ku zaskoczeniu zebranych, wcale nie wzdrygnął się na dźwięk piskliwego głosu Jęczącej Marty. Przymknął za to oczy, a pomiędzy jego brwiami pojawiła się charakterystyczna zmarszczka zwiastująca próbę stłamszenia zirytowania, które chciało z blondyna wyjść i prawdopodobnie stanąć obok, unosząc się w ten sam sposób co półprzezroczyste jestestwo martwej Krukonki. Przez złość na niekompetencje wszystkich dookoła, przysłaniającą mu gęstą mgłą obraz własnych wad, przebijał się strach związany z reakcją ojca na fakt włóczenia się po nocach z innym chłopcem. Blackowie mieli z rodziną Elliotta dobre stosunki, a sam ojciec Percy’ego trzymał się dość blisko Fortinbrasa, więc teoretycznie nie powinien się niczego obawiać, jednakże po wizycie w Lecznicy wszystko, co mogło być nawet odrobinę podejrzane młody Malfoy starał się ukrywać. Jego paranoja sięgała czasami absurdów wyższych niż sklepienie Wielkiej Sali, ale poza tłamszeniem jej w sobie nie znał jeszcze innego lekarstwa. W przyszłości miało się nią stać bezsenność i nadmierne kontrolowanie życia wszystkich dookoła, ale teraz był po prostu nastoletnim chłopcem stojącym w damskiej łazience, w poświacie księżyca i gwiazd, które mieli oglądać. Blask ciał niebieskich okalał kształty czarnych mundurków z zielonymi prześwitami oraz rozświetlał majacząca, półprzeźroczystą postać ducha.
– Może dlatego, że go widzi. – wycedził w końcu, gdy spojrzał na Martę i odsunął się tak, aby stać do niej przodem, a obok drugiego Ślizgona. Wciąż wyglądał jakby był urażony faktem, że dziewczyna śmiała im przeszkodzić – Mogłabyś być odrobinę ciszej? Tak się składa, że staramy się, aby nikt nas nie nakrył. – dodał szeptem, chociaż nie sądził, że jego prośba zostanie spełniona. Źle się do niej zabrał, był zbyt pretensjonalny, a duchy miał to do siebie, że było im wszystko jedno.
– Jaaaa mam być cicho?! To wyście weszli do łazienki DZIEWCZĄT. – Marta wycelowała paluchem prosto w ich stronę, oskarżycielsko. Nie przestała tez zawodzić, a jej głos rósł w siłę z każda chwilą, odbijając się od murów zamku.
– A dlaczego ty tu w ogóle jesteś? Duchy chyba nie korzystają z toalety. – blondyn zmarszczył brwi w skonsternowaniu i chociaż jego twarz tego nie wyrażała, pytanie jakie zadał było uszczypliwe. Dziewczyna wykrzywiła usta w nieprzyjemnym grymasie, jakby miała zaraz wpaść w histerie, rozpocząć ogromne tantrum.
“An immense pressure is on me
I cannot move without dislodging the weight of centuries”
♦♦♦