21.05.2024, 23:11 ✶
Zaśmiałby się, wiedząc, że bezwiednie uspokoili się nawzajem tym jedynie, iż przebywali w tym samym pomieszczeniu i oboje wyczytali w swoich twarzach bezpieczeństwo. Stanowiło to w jego życiu kompletną nowość - z nikim nigdy nie czuł się bezpiecznie, przestawał grać dopiero w momentach, w których drzwi jego gabinetu zamykały się z trzaskiem, a on pozostawał w nim sam. Ale to była najprawdziwsza prawda - normalnie mówił pełnymi zdaniami, skrupulatnie dobierając słowa tak, aby wyjść na jeszcze mądrzejszego niż był. Teraz zdobył się na uniesienie brwi i przekazanie jednego, prostego słowa, będącego dokończeniem rozpoczętej w głowie myśli, po którym postawił znak zapytania.
- ...rozwiniesz? - Jak to mało prawdziwy? - Kiedy to tak opisujesz, brzmi jak dowcip przygłupiego poltergeista - nie mógł tego nie zauważyć, nawet jeśli spirytyzm nie był mu aż tak po drodze nawet mimo wyrobionej charyzmy - ale nawet złe duchy nie zrobiłyby tego z twoimi nadgarstkami... - Dolohov wstał z miejsca, po czym odwrócił się w kierunku okna, żeby poprawić swój szlafrok. Kontynuował swoją wypowiedź i dopiero po jej ukończeniu odwrócił się znów do drugiego wróżbity i zaciągnął dymem z trzymanej w ręce fajki. - Skoro byłeś tego świadkiem, prześledź w pamięci jego ruchy. Szukał czegoś konkretnego?
Zbliżył się do Peregrina, przyglądając przy tym karcie Wieży... Bardziej niż nią przejął się jednak przerwą pomiędzy słowami. Mężczyzna potrafił w prosty sposób wywołać uśmiech na twarzy swojego szefa - aż dziw brał, jak wiele potrafiła zdziałać intonacja, albo dobór tego, w jaki sposób chciał się do niego zwrócić. Mógł mówić do niego po imieniu, mimo to dystansował się słowami. Nie mógł tego wiedzieć, ale Dolohov bardzo to lubił.
- Oh. - Tylko tyle powiedział, zatrzymawszy się przy krześle, na którym zasiadał Trelawney. Położył dłoń na oparciu, lustrując spojrzeniem przywołaną talię. - Chciałem zapytać o to, co przyniesie nam los w związku z tą kradzieżą, ale jak widać los w tym gabinecie lubi mrugać ukradkiem, zanim człowiek przypomni sobie o jego istnieniu. - W takiej pozycji doglądał tego, w jaki sposób jego asystent tasował należące do niego karty. Głupio było o tym wspominać, ale z ich dwójki to Vasilij cały czas posiadał swoją talię przy sobie - umieszczona w pudełku spoczywała właśnie na dnie jego drugiego żołądka, darował sobie jednak częstowanie go traumą, skoro przeżył właśnie atak... Czyj właściwie? Jeżeli to naprawdę był Yaxley, Dolohov spodziewał się, że był to rosły chłop mogący powalić w walce niedźwiedzia.
- ...rozwiniesz? - Jak to mało prawdziwy? - Kiedy to tak opisujesz, brzmi jak dowcip przygłupiego poltergeista - nie mógł tego nie zauważyć, nawet jeśli spirytyzm nie był mu aż tak po drodze nawet mimo wyrobionej charyzmy - ale nawet złe duchy nie zrobiłyby tego z twoimi nadgarstkami... - Dolohov wstał z miejsca, po czym odwrócił się w kierunku okna, żeby poprawić swój szlafrok. Kontynuował swoją wypowiedź i dopiero po jej ukończeniu odwrócił się znów do drugiego wróżbity i zaciągnął dymem z trzymanej w ręce fajki. - Skoro byłeś tego świadkiem, prześledź w pamięci jego ruchy. Szukał czegoś konkretnego?
Zbliżył się do Peregrina, przyglądając przy tym karcie Wieży... Bardziej niż nią przejął się jednak przerwą pomiędzy słowami. Mężczyzna potrafił w prosty sposób wywołać uśmiech na twarzy swojego szefa - aż dziw brał, jak wiele potrafiła zdziałać intonacja, albo dobór tego, w jaki sposób chciał się do niego zwrócić. Mógł mówić do niego po imieniu, mimo to dystansował się słowami. Nie mógł tego wiedzieć, ale Dolohov bardzo to lubił.
- Oh. - Tylko tyle powiedział, zatrzymawszy się przy krześle, na którym zasiadał Trelawney. Położył dłoń na oparciu, lustrując spojrzeniem przywołaną talię. - Chciałem zapytać o to, co przyniesie nam los w związku z tą kradzieżą, ale jak widać los w tym gabinecie lubi mrugać ukradkiem, zanim człowiek przypomni sobie o jego istnieniu. - W takiej pozycji doglądał tego, w jaki sposób jego asystent tasował należące do niego karty. Głupio było o tym wspominać, ale z ich dwójki to Vasilij cały czas posiadał swoją talię przy sobie - umieszczona w pudełku spoczywała właśnie na dnie jego drugiego żołądka, darował sobie jednak częstowanie go traumą, skoro przeżył właśnie atak... Czyj właściwie? Jeżeli to naprawdę był Yaxley, Dolohov spodziewał się, że był to rosły chłop mogący powalić w walce niedźwiedzia.
with all due respect, which is none