22.05.2024, 00:33 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.05.2024, 11:17 przez Millie Moody.)
Wrażenie było surrealistyczne, gdy człowiek przez większość czasu myślał o przeszłości. Analizował swoje kroki. Myślał, rozdrapywał błędy, które popełniał, a których mógł nie popełnić. To było surrealistyczne, gdy człowiek przez większość czasu myślał o przyszłości. Planował, zamierzał, analizował kroki, które dopiero podejmie. Wytyczał szlaki i rozważał, zamartwiał się, którym z nich ruszyć. To było takie surrealistyczne, gdy w końcu na moment, na kilka uderzeń spragnionego czułości serca osiadła jak zlękniony ptak na wątłej gałęzi, by być tu i teraz. W czasie, w którym to co było i to co nadejdzie należało do swoich czasów, a nie do niej.
Cisza nie przeszkadzała jej, wszak była wypełniona mlaśnięciami ust, które ledwie chwile temu, wieczność temu, przyniosły jej zgubę. Myśl o kasztanowych kędziorach, o jasnej kaskadzie i dźwięcznych jękach wypełniających małe, zaniedbane mieszkanie na poddaszach Pokątnej, zamienił brudny, ale na wskroś prawdziwy dotyk rąk nożownika. Mordercy. Wybawiciela. Lustra. Tęsknota formowała się, coraz bardziej plastyczna i zrozumiała, potrzeba zaszyta w oddechu, w zapodzianym dotyku, w pieszczocie, która nie unikała rozłożystej blizny. Och, Mildred była na wskroś dumna z niej, a piorun który wniknął w wątłe ciało, stał się częścią jej istoty. Jej pierwsza śmierć. Pierwszy przełom. Zwiastun i przekaźnik mknący ku drugiej, lecz jeszcze nie teraz, jeszcze nie...
– Chcę... – wyszeptała w końcu, dłonią ześlizgując się po jego szczupłym, zapadniętym biodrze, ślizgając się po kościach ukrytych pod papierową skórą, śmierdzącą autodestrukcją i poszukiwaniami znaczeń, obietnic, że bogowie o nim jednak zapomną. Złociste oczy utkwione były w nim, chłonęły chciały, pragnęły widzieć tylko jedno i ból, który nosił w sobie, taki silny, a jednak tak miękki. Gnący się pod jej dotykiem. – Chcę Ciebie – szepnęła znów i choć niknęło to pośród wzmożonego oddechu, mógł poczuć jej wzrastającą desperację. Ciało do ciała, skóra do skóry, a dusza do... czyż nie byli zapadającą się w sobie czernią? Jak ostatni taniec, ostatni śpiew białego łabędzia.
Ludzie zakładali na swoje twarze przeróżne maski. Mieli całe pakiety zachowań i słów dedykowanych określonym sytuacjom i ludziom, przestrzeniom w których trzeba było.. robić coś, zachowywać się, żyć. Mieli też takie specjalne maski, w których udawali siebie samych, ukrywali się za nimi, żeby później zaśmiać się radośnie i powiedzieć Och nie... to nie ja, to było tylko udawane, aby uniknąć kolejnych zranień, oceny i sflaczałej, żałosnej imitacji poczucia własnej wartości. To tylko maska, to przecież nie ja było obroną ostateczną. Millie przemknęło przez myśl, że w takich dziwnych ulotnych chwilach, że w bólu, w szaleństwie w rozpaczy, udało im się zajrzeć pod poszewkę i złapać w palce glinę istnienia, prawdziwą tkankę, lepką i ciepłą. Dotrzeć w trzewia, zatopić w nich całe dłonie, w przestrzenie, gdzie nie ma już miejsca na udawanie, a to czego mogą w sobie dotknąć wzajem, to czyste, wydestylowane doświadczeniem pragnienie kochania i bycia kochanym. Bez udawania, choć tylko na chwilę. Zupełnie jak sen, jak tylko i aż piękny sen utkany z ich urwanych oddechów.
Cisza nie przeszkadzała jej, wszak była wypełniona mlaśnięciami ust, które ledwie chwile temu, wieczność temu, przyniosły jej zgubę. Myśl o kasztanowych kędziorach, o jasnej kaskadzie i dźwięcznych jękach wypełniających małe, zaniedbane mieszkanie na poddaszach Pokątnej, zamienił brudny, ale na wskroś prawdziwy dotyk rąk nożownika. Mordercy. Wybawiciela. Lustra. Tęsknota formowała się, coraz bardziej plastyczna i zrozumiała, potrzeba zaszyta w oddechu, w zapodzianym dotyku, w pieszczocie, która nie unikała rozłożystej blizny. Och, Mildred była na wskroś dumna z niej, a piorun który wniknął w wątłe ciało, stał się częścią jej istoty. Jej pierwsza śmierć. Pierwszy przełom. Zwiastun i przekaźnik mknący ku drugiej, lecz jeszcze nie teraz, jeszcze nie...
– Chcę... – wyszeptała w końcu, dłonią ześlizgując się po jego szczupłym, zapadniętym biodrze, ślizgając się po kościach ukrytych pod papierową skórą, śmierdzącą autodestrukcją i poszukiwaniami znaczeń, obietnic, że bogowie o nim jednak zapomną. Złociste oczy utkwione były w nim, chłonęły chciały, pragnęły widzieć tylko jedno i ból, który nosił w sobie, taki silny, a jednak tak miękki. Gnący się pod jej dotykiem. – Chcę Ciebie – szepnęła znów i choć niknęło to pośród wzmożonego oddechu, mógł poczuć jej wzrastającą desperację. Ciało do ciała, skóra do skóry, a dusza do... czyż nie byli zapadającą się w sobie czernią? Jak ostatni taniec, ostatni śpiew białego łabędzia.
Ludzie zakładali na swoje twarze przeróżne maski. Mieli całe pakiety zachowań i słów dedykowanych określonym sytuacjom i ludziom, przestrzeniom w których trzeba było.. robić coś, zachowywać się, żyć. Mieli też takie specjalne maski, w których udawali siebie samych, ukrywali się za nimi, żeby później zaśmiać się radośnie i powiedzieć Och nie... to nie ja, to było tylko udawane, aby uniknąć kolejnych zranień, oceny i sflaczałej, żałosnej imitacji poczucia własnej wartości. To tylko maska, to przecież nie ja było obroną ostateczną. Millie przemknęło przez myśl, że w takich dziwnych ulotnych chwilach, że w bólu, w szaleństwie w rozpaczy, udało im się zajrzeć pod poszewkę i złapać w palce glinę istnienia, prawdziwą tkankę, lepką i ciepłą. Dotrzeć w trzewia, zatopić w nich całe dłonie, w przestrzenie, gdzie nie ma już miejsca na udawanie, a to czego mogą w sobie dotknąć wzajem, to czyste, wydestylowane doświadczeniem pragnienie kochania i bycia kochanym. Bez udawania, choć tylko na chwilę. Zupełnie jak sen, jak tylko i aż piękny sen utkany z ich urwanych oddechów.