22.05.2024, 00:59 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.05.2024, 18:53 przez Anthony Shafiq.)
Prychnął w pierwszym odruchu na to równie zabawne co, mimo wszystko, gorzkie podsumowanie. – Gumochłon, co to w ogóle za słowo! – oczywiście, że wiedział. Jego głowa rozbłysła setką innych, możliwych języków w których mógłby nazwać tę szkaradną istotę. Nie wiedzieć czemu "fletkumato" przylepiło się do niego najmocniej. – Nie jest ślepy, ani... ani nie jest, bo... och... – stęknął rozproszony chcąc powiedzieć wszystko na raz, ale w winnym zamgleniu tracąc odpowiednie tempo swojej wypowiedzi. Umysł rozkołysał się, a myśli w wielu, stanowczo zbyt wielu językach, wysypały na podłogę. Angielski. Rozmawiali po angielsku. – Jonathan ja... jako Twój szef i bezpośredni przełożony zwalniam Cię z obowiązku siedzenia tutaj. – obruszył się nagle, próbując gwałtownie wyprostować, ale sprawił tym tylko tyle, ze uderzył się o oparcie szezlonga. Zaraz potem przytulił się do mebla, długimi palcami gładząc aksamitne wykończenie.
– Nie będziesz imputował tu jednej z najpiękniejszych istot na ziemi... chciałbym powiedzieć, że gdybyś go poznał, to byś zrozumiał, ale to Ty jesteś ślepcem, który po prostu... szczęśliwie dla mnie... poniekąd, choć cóż... to... to nic w sumie nie zmienia, ALE! Szczęśliwie dla mnie to Ty nie dostrzegasz jego wewnętrznego blasku. – pomimo cierpienia rozmarzył się nagle, odchylając się mocno ku Selwynowi, ześlizgując się tym samym przez bark, na udo swojego zastępcy, choć teraz mimo wszystko bardziej przyjaciela. Westchnął ciężko, zapatrzony w kasetonowy sufit. – Teraz w końcu to zrozumiałem wiesz? Że życie bez miłości jest jałowe. Uciekałem tyle lat. Nie chciałem, ale... teraz chyba w końcu... tylko dlaczego to tak boli – fala żałości znów go zalewała, wykrzywiała twarz w przykrym grymasie, choć chwilę później zalała go bardzo dosłownie fala i to wody z jego fontanny! Bardzo Zimnej Wody trzeba dodać. Filtrowanej na szczęście.
– Et tu Brute contra me?! – wykrzyczał gwałtownie, podrywając się na równe nogi, wspierając się dramatycznym gestem o drewniane oparcie i krztusząc się zapamiętale, bo przecież nie można było być przyjacielem Shafiq'a i nie wiedzieć, jak bardzo boi się wody i jak bardzo lęka się śmierci prze utonięcie. Nawet nie zauważył, że winowajca też oberwał.
Jego osobista łazienka, kontrastowała mocno z przesyceniem wzorów i rzeźb skrzydła dedykowanego shafiq'owym sprawom. Była skromna, żeby nie powiedzieć ascetyczna, z małą ilością mazideł czy pachnideł. Nie potrzebował tego, do pielęgnacji skorupy w której przechowywał swój umysł miał ludzi i miejsca poza rezydencją. Łazienka była zaś przestrzenią przejściową, grodzią oddzielającą go od odpoczynku lub – jak w tym konkretnym przypadku – od otrzeźwienia. Obok skandalicznie małej, wolnostojącej i praktycznie nieużywanej wanny, znajdowała się murowana kabina prysznicowa, z wbudowaną w ścianę mozaikową ławeczką. Przestrzeń była porównywalna do windy, ze spokojem mogłyby się pod ciepłym strumieniem wody zmieścić dwie, może nawet trzy osoby. Ktoś mógłby powiedzieć, że to zbytek, ale gospodarz potrzebował tej przestrzeni, żeby móc czuć się komfortowo. Żeby nigdy nie myśleć o tym, że woda zaleje go w ciasnej przestrzeni, że próżno będzie szukać przed nią ucieczki.
Obecnie bezlitośnie kręcił pokrętłem. Lód. Ogień. Lód. Ogień. Smagał bezlitośnie ciało, domagając się od niego przyspieszonej reakcji. Jonathan czekał w sypialni, z pewnością mu się nie nudziło, skoro cała ściana wokół kominka uginała się od książek. Drażniło go to, że Selwyn zakłóca jego osobistą przestrzeń, że przyszedł z powodu pracy. Powoli dochodziło do niego, jak zareagował w ogrodzie, co powiedział i czego nie powiedział i gniew na siebie pozwalał mu podobnie jak skrajności próbujące bladą skórę spłukać resztę otępienia.
W końcu wyszedł, oplatając swoje biodra samotnym białym ręcznikiem. Nawet nie uraczył swojego odbicia w lustrze spojrzeniem przekrwionych oczu. Nie chciał widzieć chaosu piegów, które zapewne zdradziecko wychynęły po zbyt długiej jego ekspozycji na słońce.
– Dobrze, wybierzmy szatę i chodźmy stąd, nie będę z Tobą ćwiczył konfrontacji z psami Stanhope w mojej sypialni. – mruknął, brzmiąc teraz bardziej jak on, a nie jak rozwleczona po marmurze zdychająca meduza. Zatrzymał się w otwartych drzwiach łazienki, znajdujących się tuż przy wejściu do czarno-złotej, rozświetlonej kryształowym kwieciem sypialni. Główne światło było zagaszone na rzecz dziennego światła wpadającego przez olbrzymie okno na przeciwko, przy którym stał lśniący czarny fortepian. W kącie za olbrzymim, zaścielonym łóżku, stał pod ścianą stoliczek z dwoma fotelami, na którym leżała otwarta książka z parą okularów. Po drugiej stronie odsłoniętego okna, w rogu wpasowana była rosła komoda, a na przeciw łóżka dominował wygaszony obecnie kominek. Z prawa i z lewa, a także nad nim, słowem cała pozostała wolna przestrzeń tej ściany pełniła funkcję uginającego się od książek regału.
Shafiq spojrzał na ułożone przez Wergiliusza zawczasu szaty dostarczone przez Rosierów. Miały bardzo subtelnie sugerować symbolikę Kambodżańską, przy zachowaniu obecnych standardów i trendów.
– Czarna, czy niebieska? Wolałbym tę drugą, jej odcień... nie jest zbyt intensywny? – zapytał, gdy ręcznikiem wycierał głowę od niechcenia. Wiedział, że pierwsza z szat nie jest czerwona. Gdyby nie wesele Blacka w przyszłym miesiącu, nigdy by w jego garderobie nie pojawiło się nic czerwonego.
– Nie będziesz imputował tu jednej z najpiękniejszych istot na ziemi... chciałbym powiedzieć, że gdybyś go poznał, to byś zrozumiał, ale to Ty jesteś ślepcem, który po prostu... szczęśliwie dla mnie... poniekąd, choć cóż... to... to nic w sumie nie zmienia, ALE! Szczęśliwie dla mnie to Ty nie dostrzegasz jego wewnętrznego blasku. – pomimo cierpienia rozmarzył się nagle, odchylając się mocno ku Selwynowi, ześlizgując się tym samym przez bark, na udo swojego zastępcy, choć teraz mimo wszystko bardziej przyjaciela. Westchnął ciężko, zapatrzony w kasetonowy sufit. – Teraz w końcu to zrozumiałem wiesz? Że życie bez miłości jest jałowe. Uciekałem tyle lat. Nie chciałem, ale... teraz chyba w końcu... tylko dlaczego to tak boli – fala żałości znów go zalewała, wykrzywiała twarz w przykrym grymasie, choć chwilę później zalała go bardzo dosłownie fala i to wody z jego fontanny! Bardzo Zimnej Wody trzeba dodać. Filtrowanej na szczęście.
– Et tu Brute contra me?! – wykrzyczał gwałtownie, podrywając się na równe nogi, wspierając się dramatycznym gestem o drewniane oparcie i krztusząc się zapamiętale, bo przecież nie można było być przyjacielem Shafiq'a i nie wiedzieć, jak bardzo boi się wody i jak bardzo lęka się śmierci prze utonięcie. Nawet nie zauważył, że winowajca też oberwał.
+++
Jego osobista łazienka, kontrastowała mocno z przesyceniem wzorów i rzeźb skrzydła dedykowanego shafiq'owym sprawom. Była skromna, żeby nie powiedzieć ascetyczna, z małą ilością mazideł czy pachnideł. Nie potrzebował tego, do pielęgnacji skorupy w której przechowywał swój umysł miał ludzi i miejsca poza rezydencją. Łazienka była zaś przestrzenią przejściową, grodzią oddzielającą go od odpoczynku lub – jak w tym konkretnym przypadku – od otrzeźwienia. Obok skandalicznie małej, wolnostojącej i praktycznie nieużywanej wanny, znajdowała się murowana kabina prysznicowa, z wbudowaną w ścianę mozaikową ławeczką. Przestrzeń była porównywalna do windy, ze spokojem mogłyby się pod ciepłym strumieniem wody zmieścić dwie, może nawet trzy osoby. Ktoś mógłby powiedzieć, że to zbytek, ale gospodarz potrzebował tej przestrzeni, żeby móc czuć się komfortowo. Żeby nigdy nie myśleć o tym, że woda zaleje go w ciasnej przestrzeni, że próżno będzie szukać przed nią ucieczki.
Obecnie bezlitośnie kręcił pokrętłem. Lód. Ogień. Lód. Ogień. Smagał bezlitośnie ciało, domagając się od niego przyspieszonej reakcji. Jonathan czekał w sypialni, z pewnością mu się nie nudziło, skoro cała ściana wokół kominka uginała się od książek. Drażniło go to, że Selwyn zakłóca jego osobistą przestrzeń, że przyszedł z powodu pracy. Powoli dochodziło do niego, jak zareagował w ogrodzie, co powiedział i czego nie powiedział i gniew na siebie pozwalał mu podobnie jak skrajności próbujące bladą skórę spłukać resztę otępienia.
W końcu wyszedł, oplatając swoje biodra samotnym białym ręcznikiem. Nawet nie uraczył swojego odbicia w lustrze spojrzeniem przekrwionych oczu. Nie chciał widzieć chaosu piegów, które zapewne zdradziecko wychynęły po zbyt długiej jego ekspozycji na słońce.
– Dobrze, wybierzmy szatę i chodźmy stąd, nie będę z Tobą ćwiczył konfrontacji z psami Stanhope w mojej sypialni. – mruknął, brzmiąc teraz bardziej jak on, a nie jak rozwleczona po marmurze zdychająca meduza. Zatrzymał się w otwartych drzwiach łazienki, znajdujących się tuż przy wejściu do czarno-złotej, rozświetlonej kryształowym kwieciem sypialni. Główne światło było zagaszone na rzecz dziennego światła wpadającego przez olbrzymie okno na przeciwko, przy którym stał lśniący czarny fortepian. W kącie za olbrzymim, zaścielonym łóżku, stał pod ścianą stoliczek z dwoma fotelami, na którym leżała otwarta książka z parą okularów. Po drugiej stronie odsłoniętego okna, w rogu wpasowana była rosła komoda, a na przeciw łóżka dominował wygaszony obecnie kominek. Z prawa i z lewa, a także nad nim, słowem cała pozostała wolna przestrzeń tej ściany pełniła funkcję uginającego się od książek regału.
Shafiq spojrzał na ułożone przez Wergiliusza zawczasu szaty dostarczone przez Rosierów. Miały bardzo subtelnie sugerować symbolikę Kambodżańską, przy zachowaniu obecnych standardów i trendów.
– Czarna, czy niebieska? Wolałbym tę drugą, jej odcień... nie jest zbyt intensywny? – zapytał, gdy ręcznikiem wycierał głowę od niechcenia. Wiedział, że pierwsza z szat nie jest czerwona. Gdyby nie wesele Blacka w przyszłym miesiącu, nigdy by w jego garderobie nie pojawiło się nic czerwonego.