Nici Morpheusa... były w gruncie rzeczy dziwne. Gdy patrzyło się na jego powiązania, wyglądał jak układ krwionośny, którego był sercem. Było po prostu czerwono, w czym wyróżniały się jedynie dwie różowe nici do Erika i Brenny, silne warkocze tętnic rodzinnej miłości, nienadwyrężone w żaden sposób. A reszta... reszta była czerwona, czerwona jak krew. Kolejne warkocze do Millie i cieńsze do Alastora, Basiliusa, do Thomasa Hardwicka, i jeszcze cieńsze do drugiego Thomasa, Isaaca, do Patricka, jak drobne naczynka na końcówkach palców. W końcu cieniutkie pasma czerwieni dotykały samego Caina. Morpheus był dogłębnie głodną istotą.
Nieświadom podglądacza, a może właśnie wszystkowiedzące trzecie oko dało mu znać, wybrał piękną tartę wiśniową, znów zważył ją w ręce i cisnął nią w Caina, jakby umacniając czerwień swojego jestestwa. Śmiał się, śmiał się przy tym, jakby był kapelusznikiem, dźwięk, którego nie wydawał z siebie od dawna, śmiał się bez pohamowania, bo na krótką chwilę był młodszy dwadzieścia lat.
Na krótką chwilę znów był młody i szczęśliwy, myślał o tym, że Vakel nienawidziłby tej sytuacji, siedząc dużo dalej i kryjąc się szczelniej od Erika i Basiliusa, że na koniec pocałowałby Dolohova ustami od lukru mimo sprzeciwów i dał mu umyć swoje włosy, zlepione fondantem. Słuchałby sarkania i uwielbiał każdą skrzywioną minę.
Miał sobie dać spokój, ale to nie było takie łatwe.
Slaby sukces...
Sukces!