22.05.2024, 13:28 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.05.2024, 16:54 przez Rodolphus Lestrange.)
Nie spodziewałby się, że akurat z tej dwójki to on zauważy cokolwiek. Zwłaszcza, że większość swojego czasu spędzał wśród książek i części ludzkich ciał, które niewiele miały wspólnego z przyrodą. Ale gdy jego towarzysze milczeli, wypatrując śladów i analizując nieprzyjemne uczucie, które ogarniało ich ciała, on dostrzegł złamaną gałązkę. Najpierw jedną, potem drugą. Gdy postąpił krok do przodu, dostrzegł więcej.
- Tam - powiedział, wskazując różdżką kierunek, w który się wpatrywał. Zrobił nawet kilka kroków w przód i kucnął, by różdżką odgarnąć kilka suchych źdźbeł trawy. Gdy to zrobił, opadły. Jakby za dotknięciem - nomen omen - czarodziejskiej różdżki. Wysoka do połowy łydki trawa rozchyliła się jakby zachęcająco: jakby pojedyncze listki były trzymane wyjątkowo cienkimi niteczkami, którymi ktoś chciał zamaskować fakt, że były połamane, rozgarnięte i nie zdążyły się jeszcze podnieść. Było to raczej dość niespotykane, a przynajmniej on się z tym nigdy nie spotkał. Lestrange nie był co prawda ekspertem jeśli chodzi o roślinność, ale domyślał się, że poruszone źdźbła powinny po dotyku wrócić na swoje miejsce, a nie oklapnąć. - Ktoś chyba próbował zamaskować ślady.
Nieudolnie, bo je odkryli. Ale z drugiej strony czy gdyby ktoś, kto nie szukał aurorów tutaj przyszedł, zwróciłby w ogóle na to uwagę? Szczególnie, że coś przyzywało całą trójkę w kierunku góry.
Uznał, że nie musi mówić nic więcej - skoro mieli jakikolwiek trop, to należało nim iść. Wstał i ruszył przed siebie, ostrożnie, wytyczoną ścieżką, która jakby się przed nimi otwierała. Prowadziła do podnóża góry. Rodolphus wciąż miał wyciągniętą różdżkę - byli sami, nikogo wokół nie było i nie istniał nawet cień szansy, żeby ktokolwiek ich zobaczył. Nie musieli przejmować się mugolami, którzy sami chyba zrezygnowali z odwiedzania tego miejsca. Wydawało się, że natura, mimo tego co twierdził list że jest nieprzyjazna i wroga, sama ich prowadzi do wysokiego, stromego wzniesienia zaledwie niecałe kilkadziesiąt metrów od brzegu jeziora. Wznios zaczynał się nagle i tak samo nagle trawa zmieniała się mech i krzaki, wysokie drzewa, a z każdym kolejnym pokonywanym metrem cała trójka była w stanie dostrzec już bez przeszkód ślady obecności ludzkiej.
Połamane liście, gałęzie, ułamane przy korzeniach krzaki - tego już nikt nie starał się zamaskować. Co jednak ciekawe - gdy zbliżyli się do wzniesienia, ekscytacja w ich ciałach tylko urosła. Jakby coś mówiło tak, dobrze idziecie. Uczucie było tak silne, że niemalże sprawiło, że prawie przegapili jaskinię na wysokość ok 1,5 metra, zlokalizowaną we wzgórzu, po lewej stronie od naturalnie wytyczonego szlaku. Naturalna jama, kamienno-ziemista, kusiła ciemnością i zapraszała do środka, zachęcała do tego, by wejść głębiej. Wokół nich panowała nienaturalna wręcz cisza. Zorientowali się, że ptaki przestały ćwierkać, zupełnie jakby ktoś je wyłączył. Słyszeli tylko szum w koronach drzew. Przy jaskini leżała sprzączka do paska z kawałkiem skóry od odzienia. Musiała zahaczyć się o jeden z wystających kamieni, gdy ktoś ciągnął ciało do jaskini.
Lestrange zmarszczył brwi i upewnił się, że towarzysze widzą to, co on. Potem machnął różdżką, na wszelki wypadek, żeby upewnić się, że jeśli ciążą nad wejściem zaklęcia zabezpieczające, to już ciążyć nie będą.
- Masz jakiś plan, Bulstrode, czy wchodzimy po kolei? - zapytał, zerkając na Aurora. On i Nicholas pracowali w Departamencie Tajemnic, nie byli szkoleni do ewentualnych starć, przynajmniej nie w taki sposób, jak Atreus. Ich zadaniem było wychwytywanie ewentualnych anomalii, dlatego też tu się znaleźli.
- Tam - powiedział, wskazując różdżką kierunek, w który się wpatrywał. Zrobił nawet kilka kroków w przód i kucnął, by różdżką odgarnąć kilka suchych źdźbeł trawy. Gdy to zrobił, opadły. Jakby za dotknięciem - nomen omen - czarodziejskiej różdżki. Wysoka do połowy łydki trawa rozchyliła się jakby zachęcająco: jakby pojedyncze listki były trzymane wyjątkowo cienkimi niteczkami, którymi ktoś chciał zamaskować fakt, że były połamane, rozgarnięte i nie zdążyły się jeszcze podnieść. Było to raczej dość niespotykane, a przynajmniej on się z tym nigdy nie spotkał. Lestrange nie był co prawda ekspertem jeśli chodzi o roślinność, ale domyślał się, że poruszone źdźbła powinny po dotyku wrócić na swoje miejsce, a nie oklapnąć. - Ktoś chyba próbował zamaskować ślady.
Nieudolnie, bo je odkryli. Ale z drugiej strony czy gdyby ktoś, kto nie szukał aurorów tutaj przyszedł, zwróciłby w ogóle na to uwagę? Szczególnie, że coś przyzywało całą trójkę w kierunku góry.
Uznał, że nie musi mówić nic więcej - skoro mieli jakikolwiek trop, to należało nim iść. Wstał i ruszył przed siebie, ostrożnie, wytyczoną ścieżką, która jakby się przed nimi otwierała. Prowadziła do podnóża góry. Rodolphus wciąż miał wyciągniętą różdżkę - byli sami, nikogo wokół nie było i nie istniał nawet cień szansy, żeby ktokolwiek ich zobaczył. Nie musieli przejmować się mugolami, którzy sami chyba zrezygnowali z odwiedzania tego miejsca. Wydawało się, że natura, mimo tego co twierdził list że jest nieprzyjazna i wroga, sama ich prowadzi do wysokiego, stromego wzniesienia zaledwie niecałe kilkadziesiąt metrów od brzegu jeziora. Wznios zaczynał się nagle i tak samo nagle trawa zmieniała się mech i krzaki, wysokie drzewa, a z każdym kolejnym pokonywanym metrem cała trójka była w stanie dostrzec już bez przeszkód ślady obecności ludzkiej.
Połamane liście, gałęzie, ułamane przy korzeniach krzaki - tego już nikt nie starał się zamaskować. Co jednak ciekawe - gdy zbliżyli się do wzniesienia, ekscytacja w ich ciałach tylko urosła. Jakby coś mówiło tak, dobrze idziecie. Uczucie było tak silne, że niemalże sprawiło, że prawie przegapili jaskinię na wysokość ok 1,5 metra, zlokalizowaną we wzgórzu, po lewej stronie od naturalnie wytyczonego szlaku. Naturalna jama, kamienno-ziemista, kusiła ciemnością i zapraszała do środka, zachęcała do tego, by wejść głębiej. Wokół nich panowała nienaturalna wręcz cisza. Zorientowali się, że ptaki przestały ćwierkać, zupełnie jakby ktoś je wyłączył. Słyszeli tylko szum w koronach drzew. Przy jaskini leżała sprzączka do paska z kawałkiem skóry od odzienia. Musiała zahaczyć się o jeden z wystających kamieni, gdy ktoś ciągnął ciało do jaskini.
Lestrange zmarszczył brwi i upewnił się, że towarzysze widzą to, co on. Potem machnął różdżką, na wszelki wypadek, żeby upewnić się, że jeśli ciążą nad wejściem zaklęcia zabezpieczające, to już ciążyć nie będą.
- Masz jakiś plan, Bulstrode, czy wchodzimy po kolei? - zapytał, zerkając na Aurora. On i Nicholas pracowali w Departamencie Tajemnic, nie byli szkoleni do ewentualnych starć, przynajmniej nie w taki sposób, jak Atreus. Ich zadaniem było wychwytywanie ewentualnych anomalii, dlatego też tu się znaleźli.
Rzut N 1d100 - 71
Sukces!
Sukces!
Rzut N 1d100 - 92
Sukces!
Sukces!