27.12.2022, 04:03 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.07.2023, 20:03 przez Chester Rookwood.)
I tym razem nie zamierzał śpieszyć się z udzieleniem wyczerpującej odpowiedzi na pytanie. To, co planowali zdawało się być ekscytujące, ale potrzebował zachować trzeźwy umysł i kierować się chłodnym osądem. Wszak na jego barkach spoczywało wprowadzenie planów Czarnego Pana w życie. To nie robiło się samo. To wymagało nakładu pracy i to od nich obu, gdyż każdy z nich miał odmienny zakres obowiązków. Uzupełniających się. Bez Roberta chociażby musiałby kontaktować się z każdym Śmierciożercą lub Naśladowcą osobiście. Właściwy przepływ informacji w powstającej organizacji był niezwykle ważny. Oczywiście, musiało to działać w drugą stronę.
— Dokładnie tyle. Magiczny Londyn i mugolskie miasta i miasteczka to zaledwie początek. Powinniśmy też zaatakować Hogsmeade — Odrzekł po tej kolejnej chwili milczenia, zbierania myśli i dobierania odpowiednich słów. Zaplanowanie i przeprowadzenie ataku na Hogsmeade byłoby kolejnym krokiem w rebelii, którą mieli zacząć przeprowadzać. Oczywiście, to było coś, co musiałoby zostać zlecone przez Lorda Voldemorta albo zaaprobowane przez niego, gdyby zdecydował się przedstawić ich przywódcy opracowany plan. Z samym pomysłem przecież do niego nie pójdzie, tak aby nie trwonić jego cennego czasu. To byłoby przejawem głupoty z jego strony. We wszystkich planach musiał uwzględnić wszystkich popleczników tego czarnoksiężnika. Także tych, którzy mieli udowodnić swoją wartość i przydatność tak by zasłużyć na miejsce w szeregach Śmierciożerców lub Naśladowców. Ich wszystkich mógł wykorzystać podczas realizacji tych wszystkich zadań.
Jego uwadze z kolei nie uszło to, że na stole zagościła przywołana przez Roberta popielniczka. Wygodniej było strzepywać cały ten popiół na podłogę, jednak postanowił uszanować wolę gospodarza. Następnym razem po prostu się nachyli ku niej i strząśnie do jej wnętrza ten czarny pył.
— Dopilnuję tego, możesz być tego pewien. Tak zrobię — Powiedział zaraz potem ponownie wciągając dym tytoniowy do płuc, tym razem nachylając się nad stolikiem. To było oczywiste, że zrobi wszystko to, co niego należy. Chrząknął wymownie. — Za ty przekażesz wszystkim tym, których wybiorę stosowne informacje — Dodał po krótkiej przerwie. Wszak Robert odpowiadał między innymi za przepływ informacji w szeregach powstałej organizacji. W ten sposób nie będzie musiał robić tego osobiście. Bo to nie było coś, co mogło przekazywane drogą listowną. Każdy list można przechwycić. Co prawda, każdego człowieka można porwać, ale uprowadzenie Śmierciożercy wymaga przede wszystkim posiadania wiedzy o ich tożsamości.
— Nie będzie. Prowodyrzy tego ataku zostali surowo ukarani, stanowiąc przykład dla pozostałych. Wychodzenie przed szereg nie będzie tolerowane. Wszystkich obowiązuje hierarchia. Tylko dlatego przeżyli, by mogli poświadczyć innym czym skutkuje niesubordynacja. Jeśli następnym razem popełnią nawet najmniejszy błąd, zabiję ich — Samo wspomnienie tego ataku, który odbył się bez jego wiedzy i kontroli było czymś, co zwyczajnie go wkurwiło. Cień odczuwanej wówczas wściekłości i napięcie zagościły na jego twarzy, ustępując narzuconej samokontroli. W tamtym momencie niewiele brakowało do tego, aby wyszedł z siebie i stanął obok. Zaatakowanie księgarni nie było trudne i w zasadzie się udało, ale mogło się nie udać i ich ludzie mogli zostać nawet aresztowani. O czym dowiedziałby się za późno, znając życie. I miałby więcej do sprzątania, balansując na ostrzu noża. Pomimo udanej akcji musiał ich ukarać zamiast przymknąć na to oko i udawać, że to był jeden z obranych przez niego celów. Bo nie był. Czarnego Pana nie zainteresowała ta księgarnia. Był odpowiedzialny za ten incydent. Jednocześnie zbyt łaskawy, bo przeżyli i dostali jedną szansę. Kolejnych już nie będzie. Nie mogło być.
— Dokładnie tyle. Magiczny Londyn i mugolskie miasta i miasteczka to zaledwie początek. Powinniśmy też zaatakować Hogsmeade — Odrzekł po tej kolejnej chwili milczenia, zbierania myśli i dobierania odpowiednich słów. Zaplanowanie i przeprowadzenie ataku na Hogsmeade byłoby kolejnym krokiem w rebelii, którą mieli zacząć przeprowadzać. Oczywiście, to było coś, co musiałoby zostać zlecone przez Lorda Voldemorta albo zaaprobowane przez niego, gdyby zdecydował się przedstawić ich przywódcy opracowany plan. Z samym pomysłem przecież do niego nie pójdzie, tak aby nie trwonić jego cennego czasu. To byłoby przejawem głupoty z jego strony. We wszystkich planach musiał uwzględnić wszystkich popleczników tego czarnoksiężnika. Także tych, którzy mieli udowodnić swoją wartość i przydatność tak by zasłużyć na miejsce w szeregach Śmierciożerców lub Naśladowców. Ich wszystkich mógł wykorzystać podczas realizacji tych wszystkich zadań.
Jego uwadze z kolei nie uszło to, że na stole zagościła przywołana przez Roberta popielniczka. Wygodniej było strzepywać cały ten popiół na podłogę, jednak postanowił uszanować wolę gospodarza. Następnym razem po prostu się nachyli ku niej i strząśnie do jej wnętrza ten czarny pył.
— Dopilnuję tego, możesz być tego pewien. Tak zrobię — Powiedział zaraz potem ponownie wciągając dym tytoniowy do płuc, tym razem nachylając się nad stolikiem. To było oczywiste, że zrobi wszystko to, co niego należy. Chrząknął wymownie. — Za ty przekażesz wszystkim tym, których wybiorę stosowne informacje — Dodał po krótkiej przerwie. Wszak Robert odpowiadał między innymi za przepływ informacji w szeregach powstałej organizacji. W ten sposób nie będzie musiał robić tego osobiście. Bo to nie było coś, co mogło przekazywane drogą listowną. Każdy list można przechwycić. Co prawda, każdego człowieka można porwać, ale uprowadzenie Śmierciożercy wymaga przede wszystkim posiadania wiedzy o ich tożsamości.
— Nie będzie. Prowodyrzy tego ataku zostali surowo ukarani, stanowiąc przykład dla pozostałych. Wychodzenie przed szereg nie będzie tolerowane. Wszystkich obowiązuje hierarchia. Tylko dlatego przeżyli, by mogli poświadczyć innym czym skutkuje niesubordynacja. Jeśli następnym razem popełnią nawet najmniejszy błąd, zabiję ich — Samo wspomnienie tego ataku, który odbył się bez jego wiedzy i kontroli było czymś, co zwyczajnie go wkurwiło. Cień odczuwanej wówczas wściekłości i napięcie zagościły na jego twarzy, ustępując narzuconej samokontroli. W tamtym momencie niewiele brakowało do tego, aby wyszedł z siebie i stanął obok. Zaatakowanie księgarni nie było trudne i w zasadzie się udało, ale mogło się nie udać i ich ludzie mogli zostać nawet aresztowani. O czym dowiedziałby się za późno, znając życie. I miałby więcej do sprzątania, balansując na ostrzu noża. Pomimo udanej akcji musiał ich ukarać zamiast przymknąć na to oko i udawać, że to był jeden z obranych przez niego celów. Bo nie był. Czarnego Pana nie zainteresowała ta księgarnia. Był odpowiedzialny za ten incydent. Jednocześnie zbyt łaskawy, bo przeżyli i dostali jedną szansę. Kolejnych już nie będzie. Nie mogło być.