26.12.2022, 10:43 ✶
Pomimo rozwijającej pąki kwiatów wiosny kwietniowe poranki wciąż były dość chłodne, mroziły nieprzygotowane na przenikliwą wilgoć dłonie. Gęsta mgła unosząca się nad polami i pastwiskami cofała się, jakby mozolnie wciągana na wrzeciono, aby przy kolejnym upadku nocy znów się rozwinąć i oblać świat gęstą wełną, przykryć domy i lasy grubą pierzyną.
Mgła ostatecznie ustąpiła, ale pochmurne niebo nie zwiastowało rozpogodzenia, przynajmniej nie w najbliższym czasie. Chociaż? Brytyjskie warunki atmosferyczne były zmienne jak nastroje Fortinbrasa Malfoya przy stole wigilijnym, gdy jego własny brat znów próbuje zagarniać uwagę dla siebie, a najstarsza córka podpuszcza ciotkę, by ta wypominała wujkowi od strony matki kolejne zdrady czy inne małżeńskie machlojki.
Przestąpił z nogi na nogę. Wysokie, jeździeckie oficerki opinały mu łydki i sprawiały, że nogi były zimniejsze niż by chciał. Wiedział, że przejście parę kroków nic nie zmieni, była to kwestia krążenia oraz zasiedzenia. Poza przejażdżką konną raz na jakiś czas nie uprawiał zbyt wiele sportu, nic dziwnego, że ciągle było mu zimno w dłonie i stopy. Miał na sobie mniej eleganckie ubranie, ale wciąż bardzo wyróżniał się na tle farmy i towarzyszącego jej rozgardiaszu. Poprawił rękawiczkę, zaraz przed uniesieniem ręki w górę, aby pomachać zbliżającemu się w jego kierunku Erikowi.
Nie czekałby na niego w nieskończoność, zapewne, gdyby ten się nie pojawił nawet nie zaszczyciłby go listem z wyrzutami. Czekałby aż drugi mężczyzna sam przyjdzie z przeprosinami, bo wyciągnięcie ręki w takim wypadku byłoby poniżej jego godności. Ucieszył się jednak, że nie będzie musiał wprawiać mechanizmu tego typu scenariuszy w ruch i zlustrował Longbottoma z pozoru badawczym spojrzeniem, gdy tak naprawdę po prostu lubił na niego patrzeć. Żywo podkreślone czerwienią policzki dodawały mu uroku.
– Wydajesz się roztargniony, coś się stało? – zapytał nawet nie przemyślawszy tych słów, jak to miał w zwyczaju. Niewielka zmarszczka pojawiła się pomiędzy jasnymi brwiami, gdy Malfoy tłamsił zirytowanie swoją własną frywolnością. Musiał przed sobą przyznać, że nie dziwił się tym wszystkim osobom ustawiającym się w kolejce po autograf Erika, bo sam jak patrzył na jego uśmiech i słuchał jego tłumaczeń to zapominał nie dość, że o trzymaniu swojej gardy to jeszcze o całym bożym świecie. Chciał postawić krok do przodu, aby znaleźć się bliżej Longbottoma najszybciej, jak tylko mógł, ale ostatecznie się powstrzymał, kierowany pierwszą przestrogą, która wyniknęła z zadanego już pytania – dobrze się stało, bo zaraz przed nim była wypełniona deszczówką, zmieszana z błotem kałuża, na której widok mimowolnie się skrzywił i postawił krok tak, aby nie ugrzęznąć w mokrej ścieżce.
Nie miał w zwyczaju okazywać emocji, ale nawet tak niebezpośrednie pytania, poniekąd świadczące o jakimś zalążku troski, wydawały mu się inwazyjne oraz odkrywające zbyt wiele. Mógłby wyjść z takim do Eunice albo Perseusa.
– Wybacz, z tego wszystkiego nie powiedziałem nawet dzień dobry – napomknął zaraz wracając do znanego toru wypowiedzi. Byli od siebie na wyciągnięcie ręki, a Elliott nie wykonał żadnego gestu, choć musiał przyznać, że pierwszą ochotą, zduszoną i zakopaną pod twardą logiką, było objęcie drugiego mężczyzny. Drugą – poklepanie po ramieniu, ale tego tez nie zrobił. Pozostał w sferze rąk nieruchomy, jakby odgrodzony szkłem od całej reszty świata.
– To normalnie jesteś mniej szczęśliwy na mój widok? Chyba musimy nad tym popracować. – nadrobił brak dotyku czy większej śmiałości w strefie fizycznej odpowiednio żartobliwą kwestią jednocześnie dając tym znać, że nie jest specjalnie zły o to spóźnienie – Boisz się krów czy ta jedna była specyficznie groźna? Jesteś pewien, że nie musisz sprawdzić czy nie jest zagrożeniem dla pobliskiej wioski? Czy twoja jurysdykcja nie wychodzi poza Londyn? – im bliżej było się z młodym Malfoyem, tym mocniej dostawało się ironicznym poczuciem humoru, jaki on i bliźniaczka wynieśli z domu. Jeżeli w ogóle z rezydencją w Wilthsire można było kojarzyć dźwięk jakiegokolwiek śmiechu, który nie był jadowity.
– Dobrze, że jednak się zjawiłeś. Inaczej musiałbym się obrazić, a niezbyt miałem na to ochotę i nie, nie martw się. Wysłałem magizoologa żeby poszedł pierwszy zobaczyć zwierzę, pewnie tylko byśmy przeszkadzali na tym etapie. – wyznał porzucając żartobliwy ton i przechodząc do konkretów.
– Wysłałem ostatnio list do innego specjalisty, ale musi być poza zasięgiem albo mieć bardzo dużo na głowie. Jego dziadek znał się z moim, poznali się w Indiach, więc myślałem, że mogłaby to być naprawdę owocna współpraca... tak czy siak, znasz kogoś wartego polecenia? Lawrence nie jest zły, ale wydaje mi się, że brakuje mu doświadczenia, jeżeli chodzi o tę sprawę. Poza tym, tutaj potrzebowalibyśmy kogoś do wyuczenia zachowań, podobno to z tym jest największy problem. Znaczy ja. Ja bym potrzebował. – poprawił się, bo nawet nie zauważył, gdy z ‘ja’ przeszedł w ‘my’, a nie chciał Erika aż tak angażować w swoje stajenne sprawy. Fakt, brali udział w różnych akcjach charytatywnych czy tych mniej, w których odratowywali niechciane zwierzęta końskiego pochodzenia (przede wszystkim abraksany), ale też nie chciał... właściwie nie był pewien czego nie chciał. Chyba chodziło o fakt, że czuł się w towarzystwie Longbottoma niesamowicie komfortowo i bał się zasiedzieć i otworzyć bardziej, bo z żadnej tego typu sytuacji we wcześniejszym życiu nie wyszedł bez szwanku. Najpierw Perseus, potem żona. Chociaż nie były to relacje na tym samym poziomie, nie zakończyły się nawet podobnie, bo z Blackiem wciąż byli przyjaciółmi, tak obydwie pozostawiły Malfoya samego sobie.
Mgła ostatecznie ustąpiła, ale pochmurne niebo nie zwiastowało rozpogodzenia, przynajmniej nie w najbliższym czasie. Chociaż? Brytyjskie warunki atmosferyczne były zmienne jak nastroje Fortinbrasa Malfoya przy stole wigilijnym, gdy jego własny brat znów próbuje zagarniać uwagę dla siebie, a najstarsza córka podpuszcza ciotkę, by ta wypominała wujkowi od strony matki kolejne zdrady czy inne małżeńskie machlojki.
Przestąpił z nogi na nogę. Wysokie, jeździeckie oficerki opinały mu łydki i sprawiały, że nogi były zimniejsze niż by chciał. Wiedział, że przejście parę kroków nic nie zmieni, była to kwestia krążenia oraz zasiedzenia. Poza przejażdżką konną raz na jakiś czas nie uprawiał zbyt wiele sportu, nic dziwnego, że ciągle było mu zimno w dłonie i stopy. Miał na sobie mniej eleganckie ubranie, ale wciąż bardzo wyróżniał się na tle farmy i towarzyszącego jej rozgardiaszu. Poprawił rękawiczkę, zaraz przed uniesieniem ręki w górę, aby pomachać zbliżającemu się w jego kierunku Erikowi.
Nie czekałby na niego w nieskończoność, zapewne, gdyby ten się nie pojawił nawet nie zaszczyciłby go listem z wyrzutami. Czekałby aż drugi mężczyzna sam przyjdzie z przeprosinami, bo wyciągnięcie ręki w takim wypadku byłoby poniżej jego godności. Ucieszył się jednak, że nie będzie musiał wprawiać mechanizmu tego typu scenariuszy w ruch i zlustrował Longbottoma z pozoru badawczym spojrzeniem, gdy tak naprawdę po prostu lubił na niego patrzeć. Żywo podkreślone czerwienią policzki dodawały mu uroku.
– Wydajesz się roztargniony, coś się stało? – zapytał nawet nie przemyślawszy tych słów, jak to miał w zwyczaju. Niewielka zmarszczka pojawiła się pomiędzy jasnymi brwiami, gdy Malfoy tłamsił zirytowanie swoją własną frywolnością. Musiał przed sobą przyznać, że nie dziwił się tym wszystkim osobom ustawiającym się w kolejce po autograf Erika, bo sam jak patrzył na jego uśmiech i słuchał jego tłumaczeń to zapominał nie dość, że o trzymaniu swojej gardy to jeszcze o całym bożym świecie. Chciał postawić krok do przodu, aby znaleźć się bliżej Longbottoma najszybciej, jak tylko mógł, ale ostatecznie się powstrzymał, kierowany pierwszą przestrogą, która wyniknęła z zadanego już pytania – dobrze się stało, bo zaraz przed nim była wypełniona deszczówką, zmieszana z błotem kałuża, na której widok mimowolnie się skrzywił i postawił krok tak, aby nie ugrzęznąć w mokrej ścieżce.
Nie miał w zwyczaju okazywać emocji, ale nawet tak niebezpośrednie pytania, poniekąd świadczące o jakimś zalążku troski, wydawały mu się inwazyjne oraz odkrywające zbyt wiele. Mógłby wyjść z takim do Eunice albo Perseusa.
– Wybacz, z tego wszystkiego nie powiedziałem nawet dzień dobry – napomknął zaraz wracając do znanego toru wypowiedzi. Byli od siebie na wyciągnięcie ręki, a Elliott nie wykonał żadnego gestu, choć musiał przyznać, że pierwszą ochotą, zduszoną i zakopaną pod twardą logiką, było objęcie drugiego mężczyzny. Drugą – poklepanie po ramieniu, ale tego tez nie zrobił. Pozostał w sferze rąk nieruchomy, jakby odgrodzony szkłem od całej reszty świata.
– To normalnie jesteś mniej szczęśliwy na mój widok? Chyba musimy nad tym popracować. – nadrobił brak dotyku czy większej śmiałości w strefie fizycznej odpowiednio żartobliwą kwestią jednocześnie dając tym znać, że nie jest specjalnie zły o to spóźnienie – Boisz się krów czy ta jedna była specyficznie groźna? Jesteś pewien, że nie musisz sprawdzić czy nie jest zagrożeniem dla pobliskiej wioski? Czy twoja jurysdykcja nie wychodzi poza Londyn? – im bliżej było się z młodym Malfoyem, tym mocniej dostawało się ironicznym poczuciem humoru, jaki on i bliźniaczka wynieśli z domu. Jeżeli w ogóle z rezydencją w Wilthsire można było kojarzyć dźwięk jakiegokolwiek śmiechu, który nie był jadowity.
– Dobrze, że jednak się zjawiłeś. Inaczej musiałbym się obrazić, a niezbyt miałem na to ochotę i nie, nie martw się. Wysłałem magizoologa żeby poszedł pierwszy zobaczyć zwierzę, pewnie tylko byśmy przeszkadzali na tym etapie. – wyznał porzucając żartobliwy ton i przechodząc do konkretów.
– Wysłałem ostatnio list do innego specjalisty, ale musi być poza zasięgiem albo mieć bardzo dużo na głowie. Jego dziadek znał się z moim, poznali się w Indiach, więc myślałem, że mogłaby to być naprawdę owocna współpraca... tak czy siak, znasz kogoś wartego polecenia? Lawrence nie jest zły, ale wydaje mi się, że brakuje mu doświadczenia, jeżeli chodzi o tę sprawę. Poza tym, tutaj potrzebowalibyśmy kogoś do wyuczenia zachowań, podobno to z tym jest największy problem. Znaczy ja. Ja bym potrzebował. – poprawił się, bo nawet nie zauważył, gdy z ‘ja’ przeszedł w ‘my’, a nie chciał Erika aż tak angażować w swoje stajenne sprawy. Fakt, brali udział w różnych akcjach charytatywnych czy tych mniej, w których odratowywali niechciane zwierzęta końskiego pochodzenia (przede wszystkim abraksany), ale też nie chciał... właściwie nie był pewien czego nie chciał. Chyba chodziło o fakt, że czuł się w towarzystwie Longbottoma niesamowicie komfortowo i bał się zasiedzieć i otworzyć bardziej, bo z żadnej tego typu sytuacji we wcześniejszym życiu nie wyszedł bez szwanku. Najpierw Perseus, potem żona. Chociaż nie były to relacje na tym samym poziomie, nie zakończyły się nawet podobnie, bo z Blackiem wciąż byli przyjaciółmi, tak obydwie pozostawiły Malfoya samego sobie.
“An immense pressure is on me
I cannot move without dislodging the weight of centuries”
♦♦♦