Przejmowała się, serce krwawiło, z oczu kapały łzy, a wszystko to było otulone wieńcem sekretów obniżanej samooceny. Komu Geraldine powiedziałaby, że jest jej przykro, bo Atreus Bulstrode na nią nie spojrzał, jak przechodziła korytarzem. Czy też jakikolwiek inny mężczyzna, który wpadłby jej w oko. Nie chciał widzieć, jak jest podminowywana z tego powodu. I chociaż miał bardzo zły zwyczaj, według którego pomagał nieco za mocno osobom, na których mu zależało, to też nie chciał, żeby Geraldine spojrzała na niego z urazą. Bo pierwsze co mu przychodziło do głowy w takiej sytuacji to pójście do takiego pana, uśmiechnięcie się do niego i grzeczne poproszenie, żeby jednak to zrobić. Bo jak nie... Takie akcje były mieczem obosiecznym i czasem za mocno obracały się w twoim kierunku. Stawałeś się ofiarą własnego ciosu, który przecież intencje niósł wspaniałe. Tymi wspaniałymi intencjami brukowano też piekło. Co uważał więc za rozwiązanie doskonalsze w swoich poczynaniach to obserwacja. Spokojna i cicha obserwacja. Kiedy jesteś obok kogoś i możesz mu podać dłoń, gdy się potknie. Kiedy poklepiesz tą osobę po ramieniu i dasz znać, że nie jest sam. Geraldine może teraz nie była osobą, która potrzebowała rycerza do ochrony, ale i to wyglądanie i wydawanie się taką osobą wcale nie oznaczała, że nie chciała być chroniona. Wszystkie jej sekrety były z Cainem całkowicie bezpieczne.
Uszanował chwilę ciszy, kiedy kroczyli przez korytarz. Głównie dlatego, że nie chciał się odzywać w tym miejscu, który pochłaniał aż za dużo słów. Gdzie ściany mogły mieć uszy, kiedy kierujesz się do kogoś bliskiego, kto nagle zaczął być obcy, kogo przestawałeś poznawać. Więc milczał. Milczał słowem, ale spojrzał na nią i gestem objął ją lekko od strony pleców, kładąc dłoń na ramieniu - dla otuchy. Yaxley nigdy nie kojarzyła mu się z przylepą, która potrzebuje dotyku jak niczego innego, ale nie zamierzał też jej tego zupełnie żałować, kiedy chwila zaczynała budować napięcie. Nieubłagalnie każdy krok ją tworzył - a jak mocno musiała pękać w szwach ta chwila dla samej Geraldine? Mógłby to zobaczyć spoglądając na barwy wokół niej, ale nie musiał. Wystarczyło, że widział. Jej małomówność, wydawałoby się, że "brak zainteresowania", jej skupione spojrzenie przed sobą. Trochę jakby wyruszała na polowanie, tylko że nie było w niej intencji zabijania, która zazwyczaj biła od każdego człowieka, który chciał sięgnąć po nóż. Geraldine nie byłą teraz wojowniczką. Była kobietą, którą próbował złamać świat. Do roli Caina należała teraz konieczność próby podtrzymania jej, żeby sama już miała siłę się poskładać.
- Przynajmniej ojciec dupy nie zawraca. - Thoran wywrócił oczami i pokiwał jednocześnie twierdząco głową - nie wywracał oczami na słowa Geraldine, tylko na konwenanse zachowań. Machnął lekko ręką, na zasadzie, że fakt - nie ma o czym gadać. No bo od kiedy akurat oni się tym przejmowali? Ale oto jest - siedzi i ma się całkowicie dobrze. Siedzi i coś robi, a teraz nawet ten paskudny uśmieszek zniknął mu chwilowo z ust. Odwrócił swoje spojrzenie z powrotem na swoje biurko. Jeszcze nie znajdowało się na nim nic ciekawego. Początek dzieła, albo zwyczajne zabijanie czasu. - Tobie wybaczę, bo komu jak nie tobie? - I uśmiech zapalił się znowu. Ale tym razem już nie szyderczy, właściwie to jeden z tych, które znałaś od lat. Które zawsze tam były, tylko ostatnio jakoś zaczęły się gubić we wszystkich tych snach, dziwactwach i niepokojących przeżyciach. - Pułapki. - Stwierdził bez skrępowania, unosząc jeden prostokąt, przyglądając mu się, po czym rzucił go na biurko. - To znaczy - to mogłyby być pułapki, gdyby nie były papierowe. - Obrócił się na tym krześle, żeby siedzieć teraz przodem do swoich gości. - A co u was? Na co znowu poluje moja siostra z panem aurorem?
Cain się nie odzywał. Tylko obserwował.
Na aurowidzenie
Akcja nieudana
Sukces!