26.12.2022, 13:15 ✶
Na co komu stado owiec w czarnych pudełeczkach? Żeby jeszcze miały ciemne runo, pozwalające im się wtopić w tło, ale czerń nie należała do tych upragnionych przez tłum. Zawsze chodziło o złoto. Złota wełna, złote jabłka. Jabłoń w różdżkach była bardzo pożądana, potężne drewno o równie silnych właściwościach. Dlaczego więc jej owoce stały się przyczynkiem niezgody? Rzućmy im pod nogi jabłko, zobaczymy, co się stanie!
Widzisz gałąź w czyimś oku, nie zauważasz własnej belki. W ten sposób Fergus mógł dostrzec, że coś więziło Sauriela, ale sam nie uświadomił sobie o istnieniu podobnego łańcucha zaciśniętego na jego szyi. Potrzebował kogoś, kto wskaże mu drogę, temu nigdy nie mógł zaprzeczyć. Kiedyś był to Rookwood, ukazujący mu możliwości i istnienie czegoś więcej poza nudnym światem, który wróżyła im szkoła. Ale opuszczenie tych murów uświadomiło mu, że to tylko zwykłe mrzonki, że nic nie ułoży się tak, jakby tego pragnął. Życie po swojemu nie było możliwe, jeśli nie miało się odwagi wyrwać z tego konserwatywnego środowiska, mającego wygórowane oczekiwania względem swoich potomków.
Był wściekły, miał ochotę coś wysadzić, ale jeszcze bardziej potrzebował po prostu porozmawiać, zaspokoić swoją durną ciekawość.
- W moim przypadku to tak bardzo dziwi? - zapytał, choć słowa Sauriela ubodły. Przypomniały mu, że kiedyś miał swoje marzenia, które musiał porzucić na rzecz rodziny. A nawet to nie sprawiło, że jego relacje z resztą Ollivanderów jakkolwiek się poprawiły. Kiedy spełniał jedną prośbę, pojawiały się kolejne. To nieskończony cykl niespełnionych pragnień, które popychały go wyłącznie do podejmowania bezmyślnych decyzji - byle zrobić coś dla siebie. - Dopiero to, że ty dałeś się w to złapać, może zaskakiwać. Spodziewałem się, że będziesz uciekać. Kto ci to zrobił, Sauriel, twój ojciec?
Nie wiedział, o czym mówił, ale miał niejasne wrażenie, że nieważne, o co chodziło, winę musiał ponosić stary Rookwood, wszystko zawsze działo się z jego powodu.
Ten idealny świat nigdy nie miał istnieć w tej rzeczywistości. Nawet gdyby któryś użył zmieniacza czasu, ich kolejne decyzje i tak doprowadziłyby ich przed drzwi tej knajpy, z wyrzutami i pretensjami wobec siebie samych i siebie nawzajem. Może w jakimś innym świecie, gdzie ideały wchodziły w życie, a rodziny nie miały nic do powiedzenia w sprawie tego, co robili ich członkowie, uwolniliby się od tego wszystkiego. Ale czy był sens w ogóle porównywać to, że Fergus był zwykłą marudą z tym, co Rookwoodowie zrobili Saurielowi?
Podążał za nim, czując się, jakby cały świat dział się tuż obok niego i nie miał mieć na niego żadnego wpływu. Ludzie przepychali się, kłócili, sam Sauriel popychał przechodniów i przeganiał natrętów, byle tylko otrzymać to, czego chciał. Czy miał rację w tym, że Fergus tu nie pasował? Być może. Ale w takim razie czy gdziekolwiek było jego miejsce? Na wielkie bale czystokrwistych był nieodpowiedni, na Nokturn zbyt dobry. Wśród mugoli zbyt czarodziejski, wśród magów zbyt mugolski. Gdzie zatem miał trafić? Czy kiedykolwiek znajdzie się takie miejsce?
- Nie chodzi o to, co mnie kręci - zaczął, sięgając po papierosa, którym częstował go Sauriel. - Czy ja w ogóle muszę gdzieś pasować, żeby tam iść? Jeśli chcesz się wtapiać w tłum, proszę bardzo, ale wydaje mi się, że to nie jest obrazek, w którym chcesz być tłem - ciągnął dalej, podpierając brodę na dłoni i patrząc na Rookwooda z przeciwnej strony stolika. - Ale zobacz, kiedyś myślałem, że cię tu w końcu spotkam. Najwyraźniej coś w tym jest, że się ciebie tutaj spodziewałem. Kwestia tego, że najwyraźniej ty nie chciałeś widzieć mnie, bo przecież wiedziałeś, gdzie mnie szukać.
Odpalił w końcu papierosa, którego do tej pory obracał w palcach i zaciągnął się dymem. To przypominało mu, że nadal tu był, choć czuł się jak w innej rzeczywistości w towarzystwie dawno zapomnianego człowieka. Muzyka wciąż była głośna, wciąż śmierdziało, a nad głową wisiało ryzyko wpierdolu bez powodu. Może i to nie było miejsce dla niego, ale skoro już się tu znalazł, jakie to miało znaczenie.
- W coś ty się wplątał, Sauriel? - spytał w końcu, nawiązując do smyczy, do psa, do tego, że pracował w tej zapyziałej okolicy.
Widzisz gałąź w czyimś oku, nie zauważasz własnej belki. W ten sposób Fergus mógł dostrzec, że coś więziło Sauriela, ale sam nie uświadomił sobie o istnieniu podobnego łańcucha zaciśniętego na jego szyi. Potrzebował kogoś, kto wskaże mu drogę, temu nigdy nie mógł zaprzeczyć. Kiedyś był to Rookwood, ukazujący mu możliwości i istnienie czegoś więcej poza nudnym światem, który wróżyła im szkoła. Ale opuszczenie tych murów uświadomiło mu, że to tylko zwykłe mrzonki, że nic nie ułoży się tak, jakby tego pragnął. Życie po swojemu nie było możliwe, jeśli nie miało się odwagi wyrwać z tego konserwatywnego środowiska, mającego wygórowane oczekiwania względem swoich potomków.
Był wściekły, miał ochotę coś wysadzić, ale jeszcze bardziej potrzebował po prostu porozmawiać, zaspokoić swoją durną ciekawość.
- W moim przypadku to tak bardzo dziwi? - zapytał, choć słowa Sauriela ubodły. Przypomniały mu, że kiedyś miał swoje marzenia, które musiał porzucić na rzecz rodziny. A nawet to nie sprawiło, że jego relacje z resztą Ollivanderów jakkolwiek się poprawiły. Kiedy spełniał jedną prośbę, pojawiały się kolejne. To nieskończony cykl niespełnionych pragnień, które popychały go wyłącznie do podejmowania bezmyślnych decyzji - byle zrobić coś dla siebie. - Dopiero to, że ty dałeś się w to złapać, może zaskakiwać. Spodziewałem się, że będziesz uciekać. Kto ci to zrobił, Sauriel, twój ojciec?
Nie wiedział, o czym mówił, ale miał niejasne wrażenie, że nieważne, o co chodziło, winę musiał ponosić stary Rookwood, wszystko zawsze działo się z jego powodu.
Ten idealny świat nigdy nie miał istnieć w tej rzeczywistości. Nawet gdyby któryś użył zmieniacza czasu, ich kolejne decyzje i tak doprowadziłyby ich przed drzwi tej knajpy, z wyrzutami i pretensjami wobec siebie samych i siebie nawzajem. Może w jakimś innym świecie, gdzie ideały wchodziły w życie, a rodziny nie miały nic do powiedzenia w sprawie tego, co robili ich członkowie, uwolniliby się od tego wszystkiego. Ale czy był sens w ogóle porównywać to, że Fergus był zwykłą marudą z tym, co Rookwoodowie zrobili Saurielowi?
Podążał za nim, czując się, jakby cały świat dział się tuż obok niego i nie miał mieć na niego żadnego wpływu. Ludzie przepychali się, kłócili, sam Sauriel popychał przechodniów i przeganiał natrętów, byle tylko otrzymać to, czego chciał. Czy miał rację w tym, że Fergus tu nie pasował? Być może. Ale w takim razie czy gdziekolwiek było jego miejsce? Na wielkie bale czystokrwistych był nieodpowiedni, na Nokturn zbyt dobry. Wśród mugoli zbyt czarodziejski, wśród magów zbyt mugolski. Gdzie zatem miał trafić? Czy kiedykolwiek znajdzie się takie miejsce?
- Nie chodzi o to, co mnie kręci - zaczął, sięgając po papierosa, którym częstował go Sauriel. - Czy ja w ogóle muszę gdzieś pasować, żeby tam iść? Jeśli chcesz się wtapiać w tłum, proszę bardzo, ale wydaje mi się, że to nie jest obrazek, w którym chcesz być tłem - ciągnął dalej, podpierając brodę na dłoni i patrząc na Rookwooda z przeciwnej strony stolika. - Ale zobacz, kiedyś myślałem, że cię tu w końcu spotkam. Najwyraźniej coś w tym jest, że się ciebie tutaj spodziewałem. Kwestia tego, że najwyraźniej ty nie chciałeś widzieć mnie, bo przecież wiedziałeś, gdzie mnie szukać.
Odpalił w końcu papierosa, którego do tej pory obracał w palcach i zaciągnął się dymem. To przypominało mu, że nadal tu był, choć czuł się jak w innej rzeczywistości w towarzystwie dawno zapomnianego człowieka. Muzyka wciąż była głośna, wciąż śmierdziało, a nad głową wisiało ryzyko wpierdolu bez powodu. Może i to nie było miejsce dla niego, ale skoro już się tu znalazł, jakie to miało znaczenie.
- W coś ty się wplątał, Sauriel? - spytał w końcu, nawiązując do smyczy, do psa, do tego, że pracował w tej zapyziałej okolicy.