♫
Ledwie otrzymała wiadomość zwrotną, szybko przebrała się w nieco bardziej wyjściowy strój, nawet nie zawróciła sobie głowy, by się na nowo pomalować, ułożyła tylko włosy i zniknęła ze swojego salonu na Pokątnej. Z cichym pyknięciem pojawiła się przed drzwiami domu Laurenta i zmierzyła wzrokiem drzwi, robiąc do nich krok… I wtedy się zatrzymała.
Nie było go w domu, bo siedział przed nim, odpoczywał, a może czekał na nią, wiedząc doskonale, że jeśli napisała mu, że teraz, a on odpisał, że teraz – to zaraz się zjawi, a wedle tego co mówił, miał jej coś do pokazania… Victoria uśmiechnęła się wdzięcznie, jednym ruchem ręki odrzuciła ciemne włosy na plecy i gładkim ruchem umościła się na miejscu obok niego.
– Mam nadzieję, że długo nie czekasz – to był oczywisty żart, po którym Victoria owinęła swoją rękę wokół ramienia Laurenta i lekko się do niego przechyliła, przytulając się do niego bokiem, by na końcu położyć mu głowę na ramię. – Ale wiesz, że poznam twoje pismo i wiem jak masz na nazwisko? – zaczepiła go, wyciągnąwszy z kieszeni jego ostatnią, bardzo krótką wiadomość. „Całuję, Laurent Prewett”. – Chyba, że się boisz, że zapomnę. Albo masz już nadrukowane te podpisy? – zachichotała cicho, bo ewidentnie się z nim tylko drażniła. Przymknęła na chwilę oczy, pozwalając, by wiatr pogłaskał ją po policzkach i pobawił się jej kosmykami włosów. Odetchnęła, na moment zapominając o tym, że jej dotyk nie może być dla Laurenta przyjemny.
To ta wszechobecna tutaj zieleń, kwiaty w ogrodzie Laurenta, ich zapachy, kolory – wszystko się złączyło, a Victoria zawiesiła się, nie słysząc, co jej drogi przyjaciel do niej mówi… o ile mówił cokolwiek.
Słyszała za to krzyki dzieciaków biegających po hogwardzkich błoniach, czuła ciepłe słońce na karku i plecach, wiatr wiał, tak jak teraz… musiała wygładzić swoją przepisową spódniczkę i koszulę, wygładzić wszystkie zmarszczki. Czuła trawę pod stopami, jej fakturę, gdy przejeżdżała po niej ręką, by ostatecznie objąć kolana. Siedziała tam na trawie, wpatrując się w wielkie jezioro przed szkołą, w którym żyła ogromna kałamarnica. Była sama; Cynthia jeszcze nie przyszła, Brenna goniła się z jakimiś gryfonami przy brzegu, a Victoria się uśmiechała. To była leniwa sobota na początku czerwca, miała oddane wszystkie prace domowe i mogła trochę poleniuchować. Było tak spokojnie, tak dobrze, tak miło. Mogło być tak zawsze, prawda? Nieważne jaka będzie przyszłość. Falowanie wody ją koiło, tak jak falowanie drzew w Zakazanym Lesie. Uśmiechnęła się pod nosem do swoich myśli.
I Victoria przytulająca się do Laurenta również się uśmiechnęła, patrząc w przestrzeń.