26.12.2022, 13:23 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.01.2023, 19:21 przez Florence Bulstrode.)
- Samopiszące pióra w publicznym szpitalu, panie Flint? – parsknęła Florence. – Proszę się cieszyć, że są tutaj jeszcze uzdrowiciele, a nie karteczki z instrukcjami, jak uleczyć się samemu w konkretnym przypadku – powiedziała. Sama wprawdzie do niedawna takie miała, kupiła je jednak sama i niedawno się zużyło. Miała za jakiś czas zamiar kupić kolejne i niektórzy uzdrowiciele postępowali podobnie. Ale żeby dostawali takie pacjenci, wypełniające karty? – Proszę dać znać, kiedy eliksir zadziała i ból zacznie ustępować.
Wzrok uzdrowicielki – co zdawało się niemal niemożliwe – stał się jeszcze chłodniejszy, gdy Castiel wspomniał o niskich statystykach ryzyka. Jak dobrze, że nie miała pojęcia, że roztargnieniu sprzyjały też kłopoty sercowe, bo pewnie zaczęłyby wiać od niej arktyczne podmuchy wiatru i może nawet nie darowałaby sobie uwagi odnośnie tego, czy będzie w porządku, jeśli niechcący wyhoduje mu jakieś czułki, bo jest zakochana. Doprawdy, takie rzeczy zostawiało się za progiem pracy! Florence pod tym względem była absolutnie nieprzejednana. Zwłaszcza, gdy konsekwencjami było przepełnienie Munga.
- Jest pan dzisiaj moim dziesiątym pacjentem z tych „niskich statystyk ryzyka” – oświadczyła uzdrowicielka surowym tonem, krzyżując ręce na piersi i czekając aż zacznie działać zaaplikowana mikstura. Każdy uważał, że nic się nie stanie, a potem poczekalnia pękała w szwach, każdy chciał być przyjęty natychmiast i wszyscy mieli pretensje, kiedy pilny przypadek sprawiał, że kolejka stawała na godzinę albo dwie. – I skoro przy aż tak „niskim ryzyku” kończy się to w ten sposób, może jest pan nazbyt przemęczony i powinnam wystawić zwolnienie na najbliższe dni? Wszak doświadczony klątwołamacz nie powinien pozwalać sobie na takie… zaniedbania.
Pochyliła się i palcem, wciąż skrytym w rękawiczce, dźgnęła go lekko – nie w sam błękit, ale tuż ponad nim, sprawdzając, czy pacjent to poczuje, czy też eliksir zaczął działać. Odczekała momencik, i nie doczekała się reakcji. Ponieważ najwyraźniej eliksir przyniósł efekty, ruchem różdżki przystawiła sobie krzesło, siadając obok leżanki.
- Bo to jest tortura, dlatego dostał pan eliksir. Jeżeli to pana pocieszy, obejdzie się bez prawdziwego ognia. Bokiem do mnie, proszę – poleciła kobieta, jedną ręką znów chwytając Castiela za podbródek i ustawiając głowę w odpowiedniej pozycji. W drugiej już trzymała różdżkę. – Dwa dni trzeba będzie używać specjalnej maści. Chyba że życzy sobie pan mieć kilka tygodni bardzo gustowne błękitne plamy na twarzy, może to będzie najnowszy krzyk mody. Niestety szłyby w parze z problemami z mimiką. A teraz cichutko, nic nie mówimy, broń Merlinie się nie ruszamy – nakazała, przystawiając różdżkę do policzka Castiela i zaczynając mruczeć pod nosem zaklęcie.
Błękitna substancja zaczęła powoli wydobywać się ze skóry. Florence kręciła różdżką, przesuwając ją wzdłuż twarzy Flinta, a niebieskie drobinki odklejały się od policzka, krążyły wokół drewna, coraz więcej i więcej. Eliksir przeciwbólowy powinien sprawić, że cała procedura nie była bardzo bolesna, ale na pewno niezbyt przyjemna: zdawało się, że coś ciągnącego się jest odklejane od skóry. Wszystko potrwało jakieś dziesięć minut, po których Florence odsunęła się i machnęła ponownie różdżką, tym razem posyłając niebieską substancję do specjalnego kosza na tego typu… odpadki. Ten otworzył się sam i zamknął natychmiast po „połknięciu” błękitnej mgiełki.
Wzrok uzdrowicielki – co zdawało się niemal niemożliwe – stał się jeszcze chłodniejszy, gdy Castiel wspomniał o niskich statystykach ryzyka. Jak dobrze, że nie miała pojęcia, że roztargnieniu sprzyjały też kłopoty sercowe, bo pewnie zaczęłyby wiać od niej arktyczne podmuchy wiatru i może nawet nie darowałaby sobie uwagi odnośnie tego, czy będzie w porządku, jeśli niechcący wyhoduje mu jakieś czułki, bo jest zakochana. Doprawdy, takie rzeczy zostawiało się za progiem pracy! Florence pod tym względem była absolutnie nieprzejednana. Zwłaszcza, gdy konsekwencjami było przepełnienie Munga.
- Jest pan dzisiaj moim dziesiątym pacjentem z tych „niskich statystyk ryzyka” – oświadczyła uzdrowicielka surowym tonem, krzyżując ręce na piersi i czekając aż zacznie działać zaaplikowana mikstura. Każdy uważał, że nic się nie stanie, a potem poczekalnia pękała w szwach, każdy chciał być przyjęty natychmiast i wszyscy mieli pretensje, kiedy pilny przypadek sprawiał, że kolejka stawała na godzinę albo dwie. – I skoro przy aż tak „niskim ryzyku” kończy się to w ten sposób, może jest pan nazbyt przemęczony i powinnam wystawić zwolnienie na najbliższe dni? Wszak doświadczony klątwołamacz nie powinien pozwalać sobie na takie… zaniedbania.
Pochyliła się i palcem, wciąż skrytym w rękawiczce, dźgnęła go lekko – nie w sam błękit, ale tuż ponad nim, sprawdzając, czy pacjent to poczuje, czy też eliksir zaczął działać. Odczekała momencik, i nie doczekała się reakcji. Ponieważ najwyraźniej eliksir przyniósł efekty, ruchem różdżki przystawiła sobie krzesło, siadając obok leżanki.
- Bo to jest tortura, dlatego dostał pan eliksir. Jeżeli to pana pocieszy, obejdzie się bez prawdziwego ognia. Bokiem do mnie, proszę – poleciła kobieta, jedną ręką znów chwytając Castiela za podbródek i ustawiając głowę w odpowiedniej pozycji. W drugiej już trzymała różdżkę. – Dwa dni trzeba będzie używać specjalnej maści. Chyba że życzy sobie pan mieć kilka tygodni bardzo gustowne błękitne plamy na twarzy, może to będzie najnowszy krzyk mody. Niestety szłyby w parze z problemami z mimiką. A teraz cichutko, nic nie mówimy, broń Merlinie się nie ruszamy – nakazała, przystawiając różdżkę do policzka Castiela i zaczynając mruczeć pod nosem zaklęcie.
Błękitna substancja zaczęła powoli wydobywać się ze skóry. Florence kręciła różdżką, przesuwając ją wzdłuż twarzy Flinta, a niebieskie drobinki odklejały się od policzka, krążyły wokół drewna, coraz więcej i więcej. Eliksir przeciwbólowy powinien sprawić, że cała procedura nie była bardzo bolesna, ale na pewno niezbyt przyjemna: zdawało się, że coś ciągnącego się jest odklejane od skóry. Wszystko potrwało jakieś dziesięć minut, po których Florence odsunęła się i machnęła ponownie różdżką, tym razem posyłając niebieską substancję do specjalnego kosza na tego typu… odpadki. Ten otworzył się sam i zamknął natychmiast po „połknięciu” błękitnej mgiełki.