Leona nie zdziwiło początkowe zaskoczenie na twarzy blondynki - wygrane w loterii zdarzają się bardzo rzadko. To wręcz jedna szansa na sto albo na tysiąc. Takich szczęśliwców jak on to można policzyć na palcach jednej ręki. Bo jak często czyta się w Proroku Codziennym lub jego okolicznościowych wydaniach (Prorok Wieczorny albo Prorok Niedzielny)? Przecież sam regularnie czyta czarodziejską prasę i pozostawał dobrze poinformowany w wielu sprawach dotyczących ich społeczności. W obecnej sytuacji uśmiech nie schodził mu z ust.
— W rzeczy samej, nagroda i to całkiem spora. Mamy czas. — Zapewnił kobietę i chociaż sprawiał wrażenie bardzo cierpliwego, to w rzeczywistości nie mógł doczekać tego momentu, w którym otrzyma swoją wygraną. Jeszcze bardziej nie mógł się doczekać momentu, w którym przekaże część albo nawet całość towarzyszącej mu Olivii, która powinna przyjąć te pieniądze. — Dobrze. Leonard Bletchley. — Zdecydował się przedstawić swoim pełnym imieniem zamiast tylko zdrobnieniem, którym posługiwał się na co dzień.
— Olivio, jesteśmy w redakcji Proroka Codziennego... to nie Miodowe Królestwo. — Pomimo tego, że wypowiedziane szeptem słowa zabrzmiały jak łagodne upomnienie, nie zamierzał ukrywać swojego rozbawionego uśmiechu. — Włóż rękę to się dowiesz. Albo lepiej nie. — Szepnął w odpowiedzi. Jeszcze okaże się, że tak i będzie potrzebny uzdrowiciel.
— Na jego miejscu czułbym się jak głupiec. Pewnie też byłbym zły, że taka wygrana przeszła mi koło nosa. Zakładam, że nie potraktował tego losu na loterię poważnie i sporo na tym stracił. — Powiedział po chwili namysłu. W przeciwieństwie do swojej przyjaciółki, nie sięgnął po cukierka, tylko chwycił odwróconą do góry dnem szklankę i sięgnął po dzbanek aby napełnić szklane naczynie wodą i w ten sposób ugasić pragnienie.