Miała w sobie coś z szalonej, nieocalonej od migotliwych uniesień topielicy; pewne cechy skłaniające ją ku skraju samego jestestwa, na wybrzeże umarłych marzeń i równie obfitych w pozaludzkie doznania szeptów; posiadała wszak w sobie demona, który lubieżnie oblizywał swoje wargi, pazury ostrząc, aby wyfrunąć z klatki płuc, aby ponownie skłonić jej osobowość ku niewiadomego; ku temu, na które z tak gorejącą ekscytacją spoglądał Logan. Zepchnięta ze skraju poczucia ludzkości, rozbić się miała o spienione, białe fale, kruchym ciałem rozpadając się na zaostrzonych kamieniach, ścielących wybrzeże. Może gdyby była odrobinę bardziej pragmatyczna; odrobinę mniej dociśnięte wargami do marzycielstwa i doznań duchowych; z odrobiną siły doświadczała emocji skrajnych – w tym miłości. Patrząc na niego miękkim wzrokiem jednak, nie była w stanie znaleźć żadnego spośród właściwych dictum.
Była wręcz pełna zwątpienia, czy po którymkolwiek obliczu ześliznęłaby się kropla łzy, znacząc szklistym torem swoje podążanie. Nie była nigdy chlubą rodziny; nigdy nie szła ścieżką miękko wytyczaną przez rodową tradycję; nie była obiecującą czarownicą w równej mierze, co nie była w jakikolwiek sposób obdarzoną uzdrowicielką. Umościła swoją niszę w niebycie, w sferze duchowej i artystycznej, obrazami wpływając na rozgrywki wykraczające ponad metafizykę. I nawet jej jednający uśmiech, podszyty solidną warstwą snobizmu i poczucia wyższości, potrafił kłamać w najpiękniejszy spośród sposobów.
Bo przecież duchowo była absolutnie niedojrzałą podlotką; uśmiechy często barwiły łagodnością jej wargi, rozczochrane loki okalały drobną buzię, a wielkie, sarnie oczy barwy orzechu szeptały każdą spośród prawd. Dwudziestoletnia powłoka powoli zaczynała się kształtować, a w tęczówkach wyraźny był nie jedynie blichtr ekscytacji, ale też iskry i mętność, przeplatane w morderczym pasodoble.
Jego gorliwa, prędka twierdząca odpowiedź na jej propozycję wspólnego upicia się w składzie dwuosobowym, momentalnie zakwitła rumieńcem na odrobinę jeszcze pyzatej buzi.
Oparła się o framugę, krzyżując nogi, tak długo, jak nie ruszał się w kierunku wnętrza mieszkania. Jej wzrok pomknął za jego spojrzeniem, zatrzymującym się na nagich udach i odruchowo zaciągnęła koszulę odrobinę bardziej – nie z przyczyn wstydliwości przecież, jednak kierowana gwałtownym odruchem.
Przyjęła ponownie w dłonie butelkę z ruskim szampanem, samej ciągnąc kilka solidnych łyków szczypiącego w gardło trunku. W głowie odrobinę zaszumiało, a dwie sekundy zrobiło się w niej niespokojnie – dopiero jego pytanie sprowadziło ją do właściwego uniwersum.
– Niespotykane – westchnęła. – Nigdy nie interesowały cię moje obrazy i domyślam się, że zarówno tym razem też tak jest – rzekła, a kąciki jej ust delikatnie zadrżały, nieprzejednanie. – Robię serię londyńskich pejzaży – urwała krótko z przysługą, którą niewątpliwie dla Borgina było niezagłębianie się w artystyczne akweny.
Pociągnęła kolejny solidny łyk alkoholu parzącego przełyk, dłoń umiejscowiwszy na szyjce butelki. Nie była jeszcze pijana absolutnie, trunek jednak przyjemnie rozmywała myśli. Wsunęła dłoń pod jego ramię, zupełnie niepoprawnie, zaciskając agresywnie paznokcie na jego koszuli; dosłownie na ułamek momentu, aby po chwili wyplątać ją i podejść prędkim krokiem do okna.
Wbiła wzrok w gwiazdy powoli rysujące się na firmamencie, jedynie aby po chwili odwrócić się za ramię, ze szczenięcym spojrzeniem lokującym się w osobę Logana.