Woda nie była jej naturalnym środowiskiem, zdecydowanie wolała polować na lądzie. Nie było to jednak teraz dla niej ważne, musiała uratować Esmé, pobudki które nią kierowały były dosyć egoistyczne - nie chciała go stracić, bała się, że może nie wytrzymać kolejnej straty, kolejnej porażki.
Płynęła więc w jego kierunku, wstrzymywała powietrze, niestety nie udało jej się trafić w trytonkę, rozzłościło ją to okropnie. Głupia kurwa. Oczywiście to chwilowe niepowodzenie nie spowodowało, że zamierzała się poddać, wręcz przeciwnie, w przypadku Gerry złość było tym uczuciem, które zachęcało ją do działania. Chciała pokazać temu stworzeniu kto ma władzę, teraz nawet stało się to trochę osobistą sprawą, przez to, że nie pozbyła się problemu od razu. Trytony potrafiły być upierdliwe, drażniące, najchętniej złapałaby ją za ten ogon i wyrzuciła na brzeg, a później patrzyła jak zdycha. Nie miała jednak teraz czasu na zabawy. Sytuacja była poważna.
Na całe szczęście Esmé udało się wyrwać, przesunęła się tak, żeby mógł wypłynąć na powierzchnię, musiał nabrać powietrza, bo był pod wodą zbyt długo, jeszcze chwila i się utopi. Nie mogła na to pozwolić, była przy nim, żeby go ocalić. Nie mogła pozwolić, aby zatonął.
Widziała błysk w oku zwierzęcia, musiało się zdenerować, że zabrała mu obiad, że próbowała je zaatakować. Geraldine nie myślała zbyt długo, powinna uciekć? Gdzie tam, najlepszą obroną był atak, ponownie zamachnęła się sztyletem i próbowała wbić go stworzeniu w łeb, prędzej, czy później trafi, najwyżej draśnie ją tymi swoimi zębiskami.
Sukces!
Slaby sukces...