Ceniła sobie Caina za dyskrecję. Wiedziała, że nie wypepla jej problemów nikomu. To było dla niej ważne, nie wszystkim mogła, aż tak zaufać. Miała problemy z zaufaniem, chociaż praktycznie nikt nie dawał jej ku temu powodów. Może poza kilkoma mężczyznami, do których zbliżyła się trochę za bardzo. Na przyjaciół mogła liczyć, na tych, którzy zawsze byli gdzieś obok, mimo wszystko nadal nie do końca czuła się z tym pewnie. Może wydawało jej się, że nie zasługuje na takie osoby u swojego boku? Było to głęboko zasiedziałe w niej. Próbowała to zmienić, uczyła się zaufania, ale ojciec powtarzał, że na koniec i tak zostanie sama i tak będzie musiała liczyć na siebie, trudno było się pozbyć tych słów z głowy, szczególnie, że były wyryte bardzo głęboko.
Nie zawsze słowa były potrzebne, czasami dobrze było mieć świadomość, że można z kimś pomilczeć bez niezręczności, a tej w ogóle nie czuła podczas ich krótkiego spaceru po posiadłości. Wiedzieli, jaki jest ich cel, wszystko sobie wyjaśnili, teraz pozostawało działanie. Zahipnotyzowanie rodzonego brata było średnio moralnym pomysłem, wydawało jej się być jednak konieczne w tej sytuacji, szczególnie, że póki co wolałaby, żeby nie wiedział, że węszy, że zbiera na niego dowody, że czuje, że coś jest nie tak. Cain jawił się u jej boku, jako towarzysz tego niecnego planu, na szczęście nie odrzucił prośby, na szczęście był gotowy to dla niej zrobić. Nie miała pojęcia, jak mu się odwdzięczy za to wszystko, pewna jedynie była tego, że będzie musiała to zrobić.
To, że delikatnie ją objął dodało jej otuchy, poczuła się pewniej, dotarło do niej, że ma jego wsparcie, że już się nie wycofa. Mimo, że nadal nic nie mówili, to nie opuszczało jej poczucie tego, że uda im się dzisiaj razem osiągnąć sukces, było to całkiem miłe.
- Tak, tata jest chyba zajęty. - Dla Geraldine ojciec był po prostu tatą. Wiedziała, że może na niego liczyć, że zawsze ją wesprze. Mimo tego, że wydawał się być raczej dość surowy, czy zdystansowany w stosunku do swoich dzieci, to o niej zawsze myślał. Kupił jej tego konia, wierzyła w to, że zrobił to dla niej, bo głupio kiedyś rzuciła, że chce się nauczyć jeździć, a ten szukał dla niej specjalnego okazu, takiego, który by się jej spodobał. Może był to specyficzny sposób okazywania uczucia do dziecka, ale na nią działał. Miała pewność, że jest ważna dla Gerarda.
- Cóż, jak nie mnie, to chyba nikomu Thoran, prawda? W końcu jesteśmy sobie najbliżsi. - Rzekła jeszcze cicho, jakby Caina wcale tu z nimi nie było.
- Pułapki? Pokaż. - Udała zaciekawienie i podniosła się z miejsca, żeby zbliżyć się do swojego brata. Spojrzała przy tym przelotnie na Bletchleya, żeby dać mu znak, że jeszcze chwila, a spróbuje unieruchomić swojego bliźniaka. Wiedziała, że to jej jedyna szansa.
- Tak właściwie, to dopiero robimy rozenanie, bo ponoć coś trapi okolicznych mieszkańców. - Odparła, gdy się do niego zbliżała, a chwilę później, rzuciła się na Thorana, aby unieruchomić go na tym krześle na którym siedział. Miała nadzieję, że Cain usunie mu później to wspomnienie, bo mogłoby wyjść nieco niezręcznie.
Akcja nieudana
Sukces!