Dni rozbijały się o mętne bezkresy niewiadomego, umykającego palcem jestestwa wyjątkowo niezamieszkane i pusto; własne towarzystwo wystarczało jej na ogół w pełni świadomości – w końcu daleko jej było do tchniętych marzeń zjaw, błąkających się po padole bez lukratywnego celu. W lwiej mierze świt słońca zastawał ją nieśpiącą; każdorazowo języki słońca zmieniały tandetny połysk tkanin w lśniący przepych, a jej ciemną toń włosów przemieniały w błyskotliwy kasztan. Ludzka krzątanina jej już dawno zbrzydła, pozostawiając raptem emocjonalną wydmuszkę – choć stoicka pewność siebie trzymała się jej od lat sielsko dziecięcych, w miarę upływu rześkich wiosen, gorzkniała coraz bardziej. Jej uśmiechy gościły coraz rzadziej na pełnych wargach, a spokój, którym się cechowała, uchodził wręcz za obraźliwy. Może gdyby dążyła do innej profesji; może zawód by ją ocalił od nieuchronnego.
Nie brzydziła się trupów. Brzydziła się ludzi.
Prawdopodobnie dlatego stwierdzanie zgonów lege artis do tego stopnia jej nie wzruszało; wychodziła z chyżego założenia, że nie należy bać się zmarłych, a żywych – pielęgnowała w sobie to przeświadczenie stanowiąc medium, łącząc się ze światem bytów, które zostały raptem białym śladem na ścianie po obrazie. Nie potrafiła nikogo nazwać przyjacielem, a wrodzony sceptycyzm trzymał jej się równie mocno, co czerwień barwiąca duże, pełne wargi.
Przemierzała korytarze ministerialne krokiem spokojnym, acz prędkim i skocznym w usposobieniu; dłoń schowana w kieszeni prędko obracała między palcami zapalniczkę i niewielką butelkę – jedynie w razie konieczności. Nie musiała nosić obcasów, aby górować nad większością kobiet; wzrost podchodzący pod bliskie metr osiemdziesiąt i chuda postura szkieletu samej śmierci, idące w puencie z nieporadnymi, długimi kończynami szeptały półgłosem o tym, co było wiadomym od zarania – nie była kokietką ani żadną femme fatale.
Sweter narzuciła luźno na fartuch, odrobinę zabrudzony formaliną – nie wykazywała jednak dbałości o swoją aparycję w pracy. Pozaciągany na rękawach materiał zakrywał dłoń, którą wyciągała zapalniczkę z kieszeni, gdy tylko przekroczyła drzwi. Nie było to wyśrubowane, utajnione miejsce; większość zamkniętych w okowach nałogu ministerialnych pracowników wychodziło na bruk, aby zatracić się w nikotynowej przyjemności.
Ledwo jej oczy wyłapały sylwetkę Theona – a ciężko było nie dostrzec dwumetrowego giganta – skierowała kroki ku niemu. Nie była biegła w czytaniu ludzkich emocji, nie musiała jednak widzieć aury Yaxley’a, aby dojść do wniosków, iż coś niewysmakowanie dziwnego musiało zmyć uśmiech z jego twarzy.
– Ja? Rozmową? Dobrze, że przypomniałeś, bo już miałam zacząć chichotać i szturchać pod żebra – rzekła głosem zblazowanym, a przez jej oblicze przeszła obojętność, w samym brzmieniu szyta ironią.
Zgodnie z propozycją, wyjęła z paczki ostatniego papierosa, po chwili zajmując jego końcówkę żarzącym się oczkiem. Spoglądała na niego z pewną dozą dystansu, smakując odpowiednie słowa, których mogłaby użyć tak, aby nie brzmiały jak ironiczna kontra.
Niestety, z jej ust wszystko tak brzmiało.
Uniosła dłoń i ujęła w nią jego podbródek, obracając na wiele stron, badając przy tym zaciekawionym spojrzeniem.
– Wyglądasz, jakby ktoś dał ci w ryj. Zastanawia mnie tylko brak śladu. A pamiętasz jak… – …przypadkiem rozwaliłam ci nos, gdy byliśmy gówniarzami? – pomyślała, nie kończąc.