26.12.2022, 17:45 ✶
Deszcz obijał się o szyby, sprawiając, że wszystko wokół dudniło. Całe to miejsce wywoływało wręcz dreszcze obrzydzenia wśród przechodniów, jeśli jacyś mogli się jeszcze zdarzyć o tej porze dnia i podczas tak nieprzyjemnej pogody. Idealna speluna, by ukryć się przed całym światem, by spróbować zapomnieć o jego istnieniu. Udawać, że jest się kimś zupełnie innym, jednym z tych odrzutków siedzących przy lepiących się od rozlanego piwa stolikach. Śmierdziało nie tylko alkoholem, ale też stęchlizną i szczynami, jak gdyby ktoś nie zdążył wydostać się na zewnątrz. Fergus wątpił, by ktoś tu pomyślał o jakichkolwiek zasadach sanitarnych, trzymając się przyzwyczajeń z ubiegłego wieku. Tacy już byli czarodzieje, zwłaszcza ci palący się do czarnej magii, a ci dwaj w rogu, ci grający w karty o coś w walizce, która zdawała się pochrapywać, na takich wyglądali. Wieko torby wyglądało, jakby unosiło się i opadało wraz z każdym następującym oddechem. Wzdrygnął się na samą myśl, co też mogło się w niej znajdować, ale nie poświęcał temu większej uwagi, pamiętając, że na Nokturnie nie należało przypatrywać się zbyt długo. W innym wypadku mogło się skończyć z nożem między żebrami albo klątwą prosto w oczy, zależy kto jak wolał.
Upił spory łyk ze swojej szklanki, w drugiej dłoni trzymając papierosa i wciąż obserwując. Nie pamiętał, jak się tu znalazł. Drugi już raz w tym tygodniu nogi poniosły go na Nokturn w poszukiwaniu zapomnienia. I znów zaleczenie frustracji mu nie wychodziło. Im więcej pił, tym więcej głupot rodziło mu się w głowie. Wiedział, gdzie iść, wystarczyło zapukać do drzwi… Pewnie by tego żałował, zwłaszcza po kilku głębszych. Nie miał jednak szansy rozpatrzyć tego pomysłu, bo ktoś wylądował na jego stoliku, popchnięty przez inną osobę, pozbawiając go przy tym zawartości rąk. Odsunął się gwałtownie, podnosząc z krzesła. Gdyby nie pozwolił myślom wędrować, pewnie skupiłby się na poczynaniach towarzystwa obok. Nawet głośna muzyka jakiegoś nieznanego Fergusowi zespołu nie zagłuszała przecież tych krzyków.
Przeciągnął dłonią po twarzy, przeklinając przy tym po utraconej whisky. Było to najlepsze, co w ogóle w tym miejscu podawali, więc nie mógł wybrzydzać, ale jednocześnie należało też do najdroższych, a w ostatnim czasie pieniądze opuszczały jego kieszeń w tempie szybszymi, niż mógł je policzyć. Wszystkie przeznaczone na alkohol i papierosy, którymi zdawał się żywić, kiedy żaden posiłek nie potrafił przejść mu przez gardło.
-Widziałem cię w gazecie - mruknął do siedzącej przy barze kobiety, kiedy zbliżył się do niej nieco chwiejnym krokiem. Tłumaczył to sobie tym, że było ślisko, a nie utratą kontroli nad ilością wypitych drinków. Brzmiało to okropnie, sam przed sobą mógłby przyznać, że to najgorszy z możliwych sposobów na nawiązanie znajomości. Zwłaszcza że padła jego ofiarą wyłącznie dlatego, że wybrał sobie stołek tuż obok tego jej. Nie pasowała tu, tak jak nie pasował i on. Była jak orchidea pośród chwastów, próbująca się wśród nich skryć, a jednak wciąż nad nimi górująca. - Lydia, prawda? - upewnił się, nie będąc ani trochę pewnym tego stwierdzenia. Zresztą, czy to miało jakiekolwiek znaczenie? Aktualnie liczyło się dla niego wyłącznie to, by upić się do utraty zmysłów, a potem mimo to i tak trafić z powrotem do domu.
Upił spory łyk ze swojej szklanki, w drugiej dłoni trzymając papierosa i wciąż obserwując. Nie pamiętał, jak się tu znalazł. Drugi już raz w tym tygodniu nogi poniosły go na Nokturn w poszukiwaniu zapomnienia. I znów zaleczenie frustracji mu nie wychodziło. Im więcej pił, tym więcej głupot rodziło mu się w głowie. Wiedział, gdzie iść, wystarczyło zapukać do drzwi… Pewnie by tego żałował, zwłaszcza po kilku głębszych. Nie miał jednak szansy rozpatrzyć tego pomysłu, bo ktoś wylądował na jego stoliku, popchnięty przez inną osobę, pozbawiając go przy tym zawartości rąk. Odsunął się gwałtownie, podnosząc z krzesła. Gdyby nie pozwolił myślom wędrować, pewnie skupiłby się na poczynaniach towarzystwa obok. Nawet głośna muzyka jakiegoś nieznanego Fergusowi zespołu nie zagłuszała przecież tych krzyków.
Przeciągnął dłonią po twarzy, przeklinając przy tym po utraconej whisky. Było to najlepsze, co w ogóle w tym miejscu podawali, więc nie mógł wybrzydzać, ale jednocześnie należało też do najdroższych, a w ostatnim czasie pieniądze opuszczały jego kieszeń w tempie szybszymi, niż mógł je policzyć. Wszystkie przeznaczone na alkohol i papierosy, którymi zdawał się żywić, kiedy żaden posiłek nie potrafił przejść mu przez gardło.
-Widziałem cię w gazecie - mruknął do siedzącej przy barze kobiety, kiedy zbliżył się do niej nieco chwiejnym krokiem. Tłumaczył to sobie tym, że było ślisko, a nie utratą kontroli nad ilością wypitych drinków. Brzmiało to okropnie, sam przed sobą mógłby przyznać, że to najgorszy z możliwych sposobów na nawiązanie znajomości. Zwłaszcza że padła jego ofiarą wyłącznie dlatego, że wybrał sobie stołek tuż obok tego jej. Nie pasowała tu, tak jak nie pasował i on. Była jak orchidea pośród chwastów, próbująca się wśród nich skryć, a jednak wciąż nad nimi górująca. - Lydia, prawda? - upewnił się, nie będąc ani trochę pewnym tego stwierdzenia. Zresztą, czy to miało jakiekolwiek znaczenie? Aktualnie liczyło się dla niego wyłącznie to, by upić się do utraty zmysłów, a potem mimo to i tak trafić z powrotem do domu.