To, co odmalowało się na twarzy Victorii, to była ulga. Ulga, że zaklęcie, jakie rzuciła na siebie się udało. A potem ulga, że i na Perseusie udało się to powtórzyć – i kiwnęła do niego głową, rozumiejąc to ciche podziękowanie. Bez tego musiałaby zaczerpnąć naprawdę dużo powietrza, a potem złapać go za fraki i wyciągnąć na powierzchnię, bo inaczej… Pewnie Laurent by pomógł. Ale co wtedy z Cirillem? Na całe szczęście więcej myśli temu nie poświęciła, bo zanurzona teraz pod wodą, z powietrzem wokół głowy, nie musiała się o to martwić. Mignęło jej, jak Laurent nakładał futro na ramiona i zamienił się w białą foczkę, że ewidentnie coś mówił do drugiego selkie, a potem podpłynął do nich… Rozumiała co chciał przekazać – by płynęli za Cirillem. Rozumiała też, że popłynąłby tam sam, gdyby ona i Perseus wypłynęli na powierzchnię (a potem przez połowę jeziora Victoria musiałaby coś wymyślić, żeby Blacka zabrać ze sobą na brzeg), ale prawdę mówiąc, nie zamierzała Laurenta zostawić tutaj samego, był dla niej zbyt ważny. Obróciła się więc w wodzie i skierowała w dół, za foką, a po drodze obracała głowę, by mieć na oku Perseusa – czy sobie radzi, czy może jednak potrzebuje pomocy i gotowa mu była jej udzielić.
Gdy zbliżyli się do wioski na dnie jeziora, rozglądała się czujnie, ale nie brakowało w niej ciekawości. To był pierwszy raz, gdy widziała trytońskie zabudowania, architekturę… Było w nich coś dzikiego, tajemniczego i zdawały się być… opuszczone. Albo trytony doskonale wiedziały jak ukryć swoją obecność. To, że wokół Cirilla woda była ciemniejsza, nie dało się pominąć – to krew w połączeniu z chłodem wody nie krzepła, a płynęła, jego rany nie były zasklepione, chociaż z pewnością eliksir, jaki mu podali, trochę pomógł. Ale on potrzebował odpoczywać, a nie wytężać siły i płynąć… Czy jego życie było tego wszystkiego warte?
– Chyba stoczyli jakąś walkę – odezwała się, co byłoby kompletnie niezrozumiałe, gdyby nie ten bąbel powietrza. – To chyba martwy druzgotek – wskazała ręką, jeśli jej towarzysze chcieli w tamtym kierunku zerknąć.
Nie wyglądało to dobrze: kilkoro trytonów przywiązanych do głazu, gotowi rzucić się na nich, gdyby nie te liny… Victoria mocniej złapała różdżkę, ale nie wystrzeliła w ich kierunku żadnego zaklęcia, za to się zatrzymała, trzymając za plecami dwóch fok, które oczywiście, że były od niej znacznie szybsze.
Kątem oka dostrzegła, że z jednego z domów, z ledwością, wyjrzała jakaś trytonka.
– Nie mamy złych zamiarów – Victoria zwróciła się do… ogółu. Po angielsku, bo inaczej nie umiała, ale może któryś z trytonów rozumiał ludzką mowę? Ostatecznie mieszkali w jeziorze, przy którym codziennie kręciło się sporo ludzi. – Szukaliśmy zaginionego czarodzieja, historyka, nie zamierzaliśmy się wtrącać w wasze sprawy – a przynajmniej Victoria nie zamierzała, ale rzecz mocno się skomplikowała. Póki co jednak nie chciała przeciągać struny więc zamilkła, obserwując reakcje – czy ktokolwiek cokolwiek zrozumiał, czy nie stali się jeszcze bardziej wrodzy.