26.12.2022, 18:08 ✶
| mogą wystąpić treści 18+; czytasz na własną odpowiedzialność |
Niewątpliwie podobała mu się opadająca na podłogę szata. Jej szelest zakłócał panującą tu ciszę, przerwaną jedynie szeptem, oddechem czy przeżywaniem fizycznej bliskości. Za pocałunkami i dotykiem szły pragnienia, o których istnieniu wiedział jednak nigdy do takiego stopnia nie doświadczył na własnej skórze. Najwyraźniej był całe życie uśpiony skoro najprawdziwsze pożądanie obudził w nim drugi mężczyzna i to dopiero po zaatakowaniu pocałunkiem. Nie miał już wątpliwości, nie miał ochoty zastanawiać się nad tym co słuszne. Chcieli być samolubni i w tym egoizmie odnajdywali ukojenie dla drugiego. Co, oprócz wiecznego potępienia, hańby rodu, wydziedziczenia, stało na przeszkodzie ich bliskości? Im dłużej go całował, im bardziej dotyk Fergusa rozciągał się po jego ciele, tym rosło w nim niezachwiane przekonanie, że się nie zatrzymają. Panika? Nie istniała. Być może to mrowienie pod sercem oznaczało stres lecz był on skutecznie zagłuszany gorącym oddechem Olivandera. Usta Fergusa wędrowały wszędzie tam, gdzie nigdy nie sięgnął w jego życiu ludzki dotyk. Chłonął ten ogień, pozwalał mu w siebie wsiąkać i siebie rozbudzać.
Nie wiedział jak on, ale jemu przyda się trochę tlenu żeby nie zemdleć od tego deficytu. Najwyraźniej Fergus żywił się już tylko testosteronem bo nie dał mu sposobności na wyrównanie oddechu. Cofnął się o ten krok ale bardziej z zaskoczenia, że Fergus miał w tych chudych ramionach tyle siły. Drugi krok był już nierejestrowany przez jego myśl, poczuł na plecach chłód ściany; zapanowała większa ciemność bowiem jedyne źródło światła zasłaniała jego sylwetka. Z jego gardła wydobyło się pełne satysfakcji westchnienie od wygłodniałych pocałunków. Umiał im sprostać, oj jakie to było proste. Ich usta do siebie pasowały idealnie, a smak jego języka był obłędny. Po jego ciele przeszedł elektryzujący dreszcz kiedy pod ubraniem poczuł jego ciekawskie ręce. Ostatnim razem tutaj przerwał, postawił granicę, poprosił o oddech. Teraz… zdjął z siebie sweter i to bez większej pomocy Fergusa. Nie potrzebował więcej zachęty. Miał jednak na sobie jeszcze cienki biały podkoszulek, który już zostawił bo nie miał czasu go z siebie zdejmować. Obawiał się skrycie, że zimna ściana ocuci go z zapału. Przeciągnął swoje ręce za plecy Fergusa, zatrzymując palce na jego pośladkach. Kiedy tylko tam dotarł, przycisnął go do swoich bioder, dając mu niemo znak, że go coraz bardziej pożąda i za moment nie będzie odwrotu. Trochę chaotycznie oddał mu pocałunek bo odkrył, że uwiera go nie tylko przód spodni ale ta cholerna różdżka wciśnięta w kieszeń. Wyciągnął ją i bez szczególnego pomyślunku skierował w kierunku drzwi, szepcząc do skóry na policzku Fergusa inkantację. Promień czaru trzasnął w zamek w drzwiach i go… stopił, zamykając ich tutaj na zdecydowanie dłużej niż planowali. Cóż, chciał tylko zamknąć drzwi na wypadek niespodziewanych wizyt a je uszkodził. Lekki zapach stopionego metalu poniósł się po ciasnej kanciapie. Oj. Roześmiał się przy jego twarzy, aż zatrząsł ramionami ze śmiechu.
- Spalasz nawet moje czary.- szepnął ze śmiechem i odłożył różdżkę obok jakiejś książki na półce. Nowa dewiza życiowa: nie całować i nie rozbierać Fergusa Olivnadera kiedy zamierzasz rzucać czary.
- Popsułem ci drzwi. Nikt tu nie wejdzie…- wpił się groźnie w jego usta, a ten pocałunek był nieskończoną obietnicą. Cały za nim drżał.
... i stąd nie wyjdzie. Ojej, niedobrze.- znów w jego gardle zrodził się śmiech. Zacisnął pięść na jego koszulce i oderwał się od ściany, zamieniając się z Fergusem miejscami. Nim jednak pozwolił mu dotknąć plecami ściany, zdjął z niego tę mugolską, niepasującą do niego koszulkę. Nim ta gdzieś opadła, usta Castiela przywarły do jego szyi. Jedną ręką trzymał go przy sobie, ogrzewając jego plecy, a druga łakomie powiodła do jego pachwin, zatrzymując się na kroczu. Odchylił się z rozgorączkowanym spojrzeniem i zajrzał mu do oczu, być może z niemym wyzwaniem. Uśmiechnął się kątem ust i z wypiekami na twarzy, zwygłodniałym wzrokiem pilnował jego źrenic w chwili kiedy rozmasował wybrzuszenie między jego nogami. Udowadniał tym samym, że jeśli go oswoić i pociągać to wychodził z niego całkiem temperamenty człowiek. Aż się palił do wyzwolenia w Fergusie grymasu przyjemności i nie mógł doczekać się aż ten popadnie w obłęd z pożądania. Miał nadzieję, że ujrzy jego twarz w tych odsłonach i przekona się czy tylko w złości nad sobą nie panuje.
- Co ty na to?- wyszeptał, nachylając się do jego ust po, miał nadzieję, satysfakcjonującą odpowiedź. Nie omieszkał przy tym zatrzymać palców na jego podbrzuszu, tuż przy linii spodni. Pytał choć nie był gotów na potencjalną odmowę. Tak się do niego teraz palił, że odmowa będzie trudna do przyswojenia.
Niewątpliwie podobała mu się opadająca na podłogę szata. Jej szelest zakłócał panującą tu ciszę, przerwaną jedynie szeptem, oddechem czy przeżywaniem fizycznej bliskości. Za pocałunkami i dotykiem szły pragnienia, o których istnieniu wiedział jednak nigdy do takiego stopnia nie doświadczył na własnej skórze. Najwyraźniej był całe życie uśpiony skoro najprawdziwsze pożądanie obudził w nim drugi mężczyzna i to dopiero po zaatakowaniu pocałunkiem. Nie miał już wątpliwości, nie miał ochoty zastanawiać się nad tym co słuszne. Chcieli być samolubni i w tym egoizmie odnajdywali ukojenie dla drugiego. Co, oprócz wiecznego potępienia, hańby rodu, wydziedziczenia, stało na przeszkodzie ich bliskości? Im dłużej go całował, im bardziej dotyk Fergusa rozciągał się po jego ciele, tym rosło w nim niezachwiane przekonanie, że się nie zatrzymają. Panika? Nie istniała. Być może to mrowienie pod sercem oznaczało stres lecz był on skutecznie zagłuszany gorącym oddechem Olivandera. Usta Fergusa wędrowały wszędzie tam, gdzie nigdy nie sięgnął w jego życiu ludzki dotyk. Chłonął ten ogień, pozwalał mu w siebie wsiąkać i siebie rozbudzać.
Nie wiedział jak on, ale jemu przyda się trochę tlenu żeby nie zemdleć od tego deficytu. Najwyraźniej Fergus żywił się już tylko testosteronem bo nie dał mu sposobności na wyrównanie oddechu. Cofnął się o ten krok ale bardziej z zaskoczenia, że Fergus miał w tych chudych ramionach tyle siły. Drugi krok był już nierejestrowany przez jego myśl, poczuł na plecach chłód ściany; zapanowała większa ciemność bowiem jedyne źródło światła zasłaniała jego sylwetka. Z jego gardła wydobyło się pełne satysfakcji westchnienie od wygłodniałych pocałunków. Umiał im sprostać, oj jakie to było proste. Ich usta do siebie pasowały idealnie, a smak jego języka był obłędny. Po jego ciele przeszedł elektryzujący dreszcz kiedy pod ubraniem poczuł jego ciekawskie ręce. Ostatnim razem tutaj przerwał, postawił granicę, poprosił o oddech. Teraz… zdjął z siebie sweter i to bez większej pomocy Fergusa. Nie potrzebował więcej zachęty. Miał jednak na sobie jeszcze cienki biały podkoszulek, który już zostawił bo nie miał czasu go z siebie zdejmować. Obawiał się skrycie, że zimna ściana ocuci go z zapału. Przeciągnął swoje ręce za plecy Fergusa, zatrzymując palce na jego pośladkach. Kiedy tylko tam dotarł, przycisnął go do swoich bioder, dając mu niemo znak, że go coraz bardziej pożąda i za moment nie będzie odwrotu. Trochę chaotycznie oddał mu pocałunek bo odkrył, że uwiera go nie tylko przód spodni ale ta cholerna różdżka wciśnięta w kieszeń. Wyciągnął ją i bez szczególnego pomyślunku skierował w kierunku drzwi, szepcząc do skóry na policzku Fergusa inkantację. Promień czaru trzasnął w zamek w drzwiach i go… stopił, zamykając ich tutaj na zdecydowanie dłużej niż planowali. Cóż, chciał tylko zamknąć drzwi na wypadek niespodziewanych wizyt a je uszkodził. Lekki zapach stopionego metalu poniósł się po ciasnej kanciapie. Oj. Roześmiał się przy jego twarzy, aż zatrząsł ramionami ze śmiechu.
- Spalasz nawet moje czary.- szepnął ze śmiechem i odłożył różdżkę obok jakiejś książki na półce. Nowa dewiza życiowa: nie całować i nie rozbierać Fergusa Olivnadera kiedy zamierzasz rzucać czary.
- Popsułem ci drzwi. Nikt tu nie wejdzie…- wpił się groźnie w jego usta, a ten pocałunek był nieskończoną obietnicą. Cały za nim drżał.
... i stąd nie wyjdzie. Ojej, niedobrze.- znów w jego gardle zrodził się śmiech. Zacisnął pięść na jego koszulce i oderwał się od ściany, zamieniając się z Fergusem miejscami. Nim jednak pozwolił mu dotknąć plecami ściany, zdjął z niego tę mugolską, niepasującą do niego koszulkę. Nim ta gdzieś opadła, usta Castiela przywarły do jego szyi. Jedną ręką trzymał go przy sobie, ogrzewając jego plecy, a druga łakomie powiodła do jego pachwin, zatrzymując się na kroczu. Odchylił się z rozgorączkowanym spojrzeniem i zajrzał mu do oczu, być może z niemym wyzwaniem. Uśmiechnął się kątem ust i z wypiekami na twarzy, zwygłodniałym wzrokiem pilnował jego źrenic w chwili kiedy rozmasował wybrzuszenie między jego nogami. Udowadniał tym samym, że jeśli go oswoić i pociągać to wychodził z niego całkiem temperamenty człowiek. Aż się palił do wyzwolenia w Fergusie grymasu przyjemności i nie mógł doczekać się aż ten popadnie w obłęd z pożądania. Miał nadzieję, że ujrzy jego twarz w tych odsłonach i przekona się czy tylko w złości nad sobą nie panuje.
- Co ty na to?- wyszeptał, nachylając się do jego ust po, miał nadzieję, satysfakcjonującą odpowiedź. Nie omieszkał przy tym zatrzymać palców na jego podbrzuszu, tuż przy linii spodni. Pytał choć nie był gotów na potencjalną odmowę. Tak się do niego teraz palił, że odmowa będzie trudna do przyswojenia.