Cała jej osoba była przędzonym ogółem nietaktu i skrajnej wręcz złośliwości, rozbijające się jak te charakterystyczne dla dni październikowych krople o szklaną powierzchnię szyb; tym razem jednak, gdy odrzuciła głowę do tyłu, tonąc w widoku błękitnego, bezkresnego podszycia ziemskiego, zaznała jedynie subtelnych pociągnięć wiatru, który zechciał zaigrać między kosmykami długich włosów – spiętych co prawda w kok, wyzwalających jednak te drobne pasma, które tańczyły wokół wydatnych kości policzkowych. W piwnych, mętnych oczach nie pozostało wiele; jedyną niekrytą ekscytacją, była dla niej praca – to w niej bezkres orzechowej toni przybierał welon iskier, igrających piekielnie z szalonym przejęciem; to praca zacierała w jej osobowości tę stagnację, którą z lekkim sercem znosiła.
Zaliczała przecież każde możliwe faux pas społeczne, uznając za swoją chorobliwą, pożądliwą pasję przynoszenie niezawoalowanej hańby rodowym tradycjom; a było to wszystko trzymane pod pieczą świadomości – każde przekręcone nazwisko, brzydki ukłon, ironia nabierająca rozpędu wraz z każdym łykiem ponczu. Wszystko rozgrywało się na jedną modłę i choć uwaga rodzicielska od zarania skupiała się na męskim potomku, jasnym się stało, iż z własnej woli na kobiercu nie stanie – z uwagi na unikanie wszelkich zobowiązań; z cudzej woli także – w końcu kto zniósłby jej cyniczną postawę mizantropa?
Stała więc w milczeniu, gdy tylko uciął jej słowa, unosząc jedynie brwi w geście niekrytego zdziwienia. Uśmiechnęła się nieomal, widząc jego zafrapowane oblicze; nie chciała dla niego źle – ot, wyrywał ją z monotonii dnia powszedniego.
Gdy oczko ogniste wieńczące papieros bezlitośnie zbliżyło się do filtru, ostatni raz otuliła go miękkością warg, aby po chwili solidnie przydeptać niedopałek.
– Nigdy nie odmawiam alkoholu, a moja praca dzisiaj i tak się kończy. Chodźmy zatem, wypłaczesz mi się w ramię – rzekła, idąc za Theonem, w trakcie rozplątując zawiązany na plecach fartuch. – Ze mną jednak, jak sam dobrze wiesz, nie kończy się na kolejce ani dwóch.
Ostatnie westchnięcie zamarło na jej ustach, bo chociaż nie chciała się do tego przyznać, a Theona wciąż w myślach nazywała gówniarzem, jego stan zatrwożył ją w drobnych nutach. Jeśli miało być to świadectwem, iż jednak posiadaczką żywego serca była, to musiała prędko to zamaskować parszywym zachowaniem. Nie mogła w końcu okazywać swojej ludzkiej strony, nawet jeśli pozostały po niej tylko okruchy.