Kiedy mijał paradę, udając, że go nie interesuje, pomyślał o zmarłej żonie Anthony'ego Shafiq'a, Edith. Nie dość, że była jedną z najpiękniejszych kobiet, jakie widział, to jeszcze bardzo cierpliwą i dobrą, szczególnie podekscytowaną życiem. Bardzo, bardzo szczerze przeżywał jej śmierć, bo zdawała się jaśnieć na firmamencie, niczym drogowskaz dla zaginionych podróżnych. Spierali się często, na przykład o wystrój wnętrz, ponieważ tam gdzie on lubił ciemne drewna i intensywne kolory, ona kładła nacisk na uniwersalny przepych. Zawsze na tym polu zdrowo się niedogadywali. Pomyślał o niej, bo patrząc na niemalże więzienny pochód, przyszło mu na myśl, że bardzo by się to jej podobało. Ona wierzyła bardzo mocno, przynajmniej tak mu się wydawało, że miłość zwycięży wszystko.
Londyn w lipcu zazwyczaj bywał kapryśny, ale tego roku miasto zostało ogarnięte niespotykaną falą upałów. Skwar lejący się z nieba był tak intensywny, że nawet znana ze swojej zmienności pogoda brytyjska musiała ustąpić miejsca nieubłaganemu słońcu. Pośród spieczonych trawników i powoli wysychających fontann, mieszkańcy szukali cienia, a sprzedawcy lodów przeżywali prawdziwe oblężenie.
Właściwie nie pamiętał, jak dotarł na Pokątną, w zamyśleniu ćmiąc papierosa. Nikt go nie zaczepił, widocznie czarna, lniana szata odstraszała dostatecznie, może wzięto go za kogoś z mniejszości etnicznej. Nie zwracał na to uwagi. Wyuczone stuknięcia różdżką i...
Dźwięki wesołych rozmów i śmiechów przechodniów zamieniają się w szept, który niesie ze sobą smutne, niezrozumiałe słowa. Przechodząc obok sklepu Ollivandera, zamiast eleganckich różdżek, widział skręcone i martwe gałęzie, które zdają się szeptać w jej kierunku, przypominając o straconych nadziejach i niespełnionych marzeniach. Każdy krok na tej magicznej ulicy staje się ciężki, jakby pod stopami zalegał niewidzialny balast.
Nagle nie był już na ulicy Pokątnej. Przychodził tutaj tak często, nie było możliwe aby zgubił się w magicznej dzielnicy Londynu. A jednak, nie wiedział gdzie jest, panika wpełzała pod ubranie zimnym potem. Nerwowo oblizał spierzchnięte usta, język jednak miał drętwy i suchy, jakby chodził alejkami od wielu godzin, bez ani kropli napitku. Kręciło mu się w głowie.
Czy dobrze słyszał, miał wrażenie... Nie. Potrząsnął głową. Nic to nie dawał. Mgłą, ciężka mgła zasnuwała mu umysł. Czy został zaatakowany? Czy to hipnoza? Imperius? Klątwa? Nie, nie. Zaczął zagryzać mocniej szczęki, aż zęby zaczęły trzeszczeć. Uderzył ręką w murek. Zasyczał, w boleści. Ale umysł rozjaśnił się tylko na chwilę, niczym błyskawica na burzowym niebie. Nie mógł iść do Praw Czasu, tylko nie tam, tylko nie tam...
— Droga Głupca to metafora życia, gdzie każda nowa sytuacja przynosi możliwość wzrostu i zrozumienia. To przypomnienie, że każdy z nas jest wiecznym uczniem, nieustannie wędrującym po ścieżkach własnej duszy — zaczął szeptać do siebie podstawy, najmniej zaawansowane treści związane z kartami, które znał od dziecka, które były przy nim zawsze. Potrzebował uziemienia w tej dziwnej sytuacji.
Był w labiryncie. Czy był ofiarą dla Minotaura, jednym z siedmiu synów Aten? Czy może właśnie został zamkniętą w nim bestią? Tak czy tak, czekała na niego śmierć, albo z rąk rozwścieczonej bestii albo z rąk Tezeusza. Nie miał swojej Ariadny, która podaruje mu nić i pozwoli wyjść z pętli, ze spirali własnego koszmaru.