Jeśli istniała kocia wersja Laurenta to chyba musiała być nią Diva. A przynajmniej była uosobieniem tego, czym Laurent być chciał. Prawdziwa księżniczka, której zadaniem było pięknie wyglądać, być czesaną, mruczeć na kolanach i dotykać tylko wtedy, kiedy ona ma na to ochotę. W chwilach wolnych tuli się do pereł, rozciąga swoje smukłe ciałko i wsłuchuje w piękne arie operowe albo w całkiem popularne, proste piosenki krążące wśród czarodziei i mugoli, gdy muzyka potrafiła gładko się ze sobą przeplatać. Potem ucieka w popłochu, kiedy w głosie słychać fałsz. Różniło ich może głównie to, że (na całe szczęście) - Laurent się nie lenił. Te platynowe włosy jeszcze nie leciały z głowy - pojedyncze jedynie ozdobiła siwizna, która i tak ginęła w tym kolorze.
Laurent nie mógł nie skierować swoich kroków od razu do stoiska Nory, kiedy usłyszał o kotach. Kiedy usłyszał kocie miałczenie. Ciekawość - przede wszystkim. Koty rodziny Figg były przecież niesamowite. Ich inteligencja dorównywała ludziom, a jego ciągle świerzbiło, żeby w jego kolekcji niesamowitości był jeden z nich. Za to zadowalał się towarzystwem kociej towarzyszki Nory, kiedy tylko miał okazję.
- Noro. - Uśmiechnął się ciepło do kobiety. - Słodycz ambrozji to metafora za mała, żeby zachwycić się tobą dzisiejszego dnia. - Przywitał się z kobietą, doceniając ten jasny strój, który miał przyciągać, ciekawić i który miał doskonale pasować do jej stoiska. - Oooch... widzę, że nie jestem pierwszy na kocie zebranie. Dzień dobry, Victorio. Doprawdy, Matka mnie chyba błogosławi, żeby moje kroki zaprowadzić między Słońce i Księżyc. - Obie panie były piękne - i obie prezentowały sobą piękno zupełnie innego rodzaju. Kucnął przy kociakach i wyciągnął dłoń, by mogły ją obwąchać. - Dzień dobry, Eriku. Miło cię widzieć. - Przywitał się również z mężczyzną, którego włosy przybrały kolor... cóż, bliższy raczej Laurentowi. Prewett starał się zachować kamienną twarz, bo przecież nie wypadało mu okazywać nawet zdziwienia. Nie znał Erika, więc ciężko powiedzieć - może mężczyzna miał fantazję zmiany tego koloru co tydzień? - Intrygująca zmiana stylu. - Bo nie mógł chyba powiedzieć, że mu pasował, ale przecież nie powie, że wygląda źle! Nie chciał też wyjść na ignorantę, co nie zauważa... ach. Zajął się kotami.
Diwa była pierwsza, żeby wyjść swoim czarnym noskiem na spotkanie jego palca. I pierwsza, żeby wspiąć się po jego ramieniu do wielkiej perły, którą miał zawieszoną jako kolczyk - tak, ta sama perła, która trafiła do kieszeni każdego z upiornego statku.
- Aach... czy ta kicia jeszcze jest na wydaniu? - Zapytał, przejeżdżając z zachwytem dłonią po jej futrze. Od razu kilka jasnych kłaków spadło na ziemię. - Biedactwa, kto wam to zrobił. - Wyciągnął Diwę z koszyka na ręce i odsunął się na bok, żeby nie przeszkadzać.