24.05.2024, 21:29 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.10.2024, 20:41 przez Anthony Shafiq.)
– Cierpliwość nigdy nie była Twoją mocną stroną Somnia. – dobiegł z ciemności zmęczony głos. Nawet nie kłopotał się, by rozpalić jakiekolwiek światło, nawet choćby iskry lumosa, gdy schodził ze swojego apartamentu te dwa pietra niżej, bo księgozbioru, którym opiekowały się jego ukochane ciotki. Spędzał w tym miejscu ostatnio zaskakująco wiele czasu, porządkując kwerendę dotyczącą magii rozproszenia ze specjalną dedykacją dla wzmacniania ścian ochronnych umysłu. Ściany wzniesione lata temu chroniły go i ocalały przed machinacjami zarówno krajowych, jak i zagranicznych spiskowców, ponad wszystko cenił ich spiżową nieprzekraczalność. Tymczasem Somnia, jego własny, prywatny jasnowidz, kilkukrotnie dla rozdrażnienia go, dla czczej zabawy, omijał tę ochronę by podejrzeć przyszłość skołowanego dyplomaty. Czar działał, ale dało się go obejść i Anthony uważał tę sprawę za rzecz absolutnie niedopuszczalną. Nie mógł sobie na to pozwolić nie tylko przez wzgląd na swoją pozycję, ale - a może przede wszystkim - przez wzgląd na potrzebę kontroli absolutnej. Kontroli z której zadrwiła ledwie miesiąc temu Lorraine Malfoy, zmuszając jego oczy do obserwacji tańczących figur, które prawdziwie stały w miejscu. Nic nie działało na jego motywację lepiej, niż tamto upokorzenie.
Ileż można jednak siedzieć nad księgiami? List przyjaciela zastał go podczas ćwiczeń, które znał coraz lepiej, które zaczęły mu w końcu sprawiać przyjemność, ale też nie zamierzał pokazać się Longbottomowi w wygodnych szarych bawełnianych szarawarach, które miał na tę okoliczość. Już wystarczy, że czuł lepki pot na swojej skórze, który nie był wyczuwalny przez warstwę intensywnej żywicznej woni olejku ze smoczego drzewa, ale wciąż... wciąż miał świadomość tej dodatkowej niewidzialnej "warstwy" i bardzo go to drażniło.
– Więc jak jest z tymi kluczami? – zapytał opierając się o regał z idealnie, patologicznie wręcz równo ułożonymi księgami. – I o co chodzi z tymi runami na plecach? Kryzys wieku średniego pcha Cię do trwałego okaleczenia skóry? A może trafiłeś na jakąś ciekawą zagadkę na ciele kochanki mm? – próbował zgadnąć, choć i ton i przekrwione oczy wskazywały na to, że nie był w najlepszym stanie. Widzieli się ledwie kilka dni temu na oglądaniu posiadłości w Little Hangleton, który też miał miejsce po kilku dobach, jakie spędzili razem. Wtedy Anthony zdawał się być pełen werwy, roztaczał opiekuńczą troskę. Teraz... Zdawał się być przygaszony. Jak w Hogwarcie, zawsze po otrzymaniu korespondencji od ojca.
– Ten tu huncwot nic Ci nie powie, dział z runami jest po drugiej stronie – kiwnął głową i odepchnął się biodrem od drewnianej półki. – Chodź, pokażę Ci. – Nie pytał co będzie z tego miał, nie sugerował przysługowej waluty. Nie na tym etapie była ich znajomość. Morpheus nie musiał nawet odpowiadać po co mu te informacje. Potrzebował czegoś, więc Anthony chciał mu to dać. Zwykle chciał mu też dawać rzeczy lub ludzi których Longbottom nie potrzebował, ale to inna rzecz.
Ileż można jednak siedzieć nad księgiami? List przyjaciela zastał go podczas ćwiczeń, które znał coraz lepiej, które zaczęły mu w końcu sprawiać przyjemność, ale też nie zamierzał pokazać się Longbottomowi w wygodnych szarych bawełnianych szarawarach, które miał na tę okoliczość. Już wystarczy, że czuł lepki pot na swojej skórze, który nie był wyczuwalny przez warstwę intensywnej żywicznej woni olejku ze smoczego drzewa, ale wciąż... wciąż miał świadomość tej dodatkowej niewidzialnej "warstwy" i bardzo go to drażniło.
– Więc jak jest z tymi kluczami? – zapytał opierając się o regał z idealnie, patologicznie wręcz równo ułożonymi księgami. – I o co chodzi z tymi runami na plecach? Kryzys wieku średniego pcha Cię do trwałego okaleczenia skóry? A może trafiłeś na jakąś ciekawą zagadkę na ciele kochanki mm? – próbował zgadnąć, choć i ton i przekrwione oczy wskazywały na to, że nie był w najlepszym stanie. Widzieli się ledwie kilka dni temu na oglądaniu posiadłości w Little Hangleton, który też miał miejsce po kilku dobach, jakie spędzili razem. Wtedy Anthony zdawał się być pełen werwy, roztaczał opiekuńczą troskę. Teraz... Zdawał się być przygaszony. Jak w Hogwarcie, zawsze po otrzymaniu korespondencji od ojca.
– Ten tu huncwot nic Ci nie powie, dział z runami jest po drugiej stronie – kiwnął głową i odepchnął się biodrem od drewnianej półki. – Chodź, pokażę Ci. – Nie pytał co będzie z tego miał, nie sugerował przysługowej waluty. Nie na tym etapie była ich znajomość. Morpheus nie musiał nawet odpowiadać po co mu te informacje. Potrzebował czegoś, więc Anthony chciał mu to dać. Zwykle chciał mu też dawać rzeczy lub ludzi których Longbottom nie potrzebował, ale to inna rzecz.