24.05.2024, 22:21 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.10.2024, 20:58 przez Anthony Shafiq.)
Coś chce zamordować pannę Geralidne Yaxley
Chciałby zapytać kimże jest ta osoba, ale wiedział aż za dobrze. Przekleństwo wiedzy, przekleństwo potrzeby kontroli, które często o ironio przejmowało nad nim kontrolę. Wiedział kim jest Geraldine Yaxley, choć ona pewnie biegając po puszczach i lasach nie miała pojęcia kim jest on. I może gdyby tak na tym bieganiu i polowaniu się wszystko zatrzymywało...
Coś w nim drgnęło, jego ręce zacisnęły się mocniej na różdżce, nieświadomie pragnąc od razu zniszczyć to co odbierało mu kontrolę, świętą kontrolę. Najwyższą wartość, jaką udało mu się wywalczyć w swoim życiu. Jego serce na moment przyspieszyło, krew pulsowała w skroniach, choć starał się nad tym z oczywistych powodów zapanować. Nie był sam. Ale też wiedział, że jeśli pozwoli sobie na choćby jeden krok w stronę tego pragnienia, w stronę tych myśli, zbyt łatwo wpadnie w pułapkę, z której nie ma powrotu. Obsesja wyniszczała, obsesja sprawiała, że tracił ów kontrolę, nawet jeśli Geraldine Yaxley nie stała obok.
Przestrzeń na obsesję, miał już zarezerwowaną... Już teraz nie potrafił odlepić się od tęsknoty, od nieszczęścia związanego z utraconą szansą. Erik, ten, który nigdy naprawdę nie należał do niego, choć każda chwila przypominała Anthony’emu, jak bardzo chciałby go mieć tylko dla siebie. Geraldine... mimo więzi, która łączyła ją z młodszym Longbottomem, pozostawała nic nieznaczącą istota. Jego ból, jego zazdrość, jego uwaga... nie zasługiwała na nią. Musiał to zdusić, musiał odciąć się w sposób absolutny od szarpiących jego trzewiami emocji, ale szczęśliwie, przychodziło mu to z łatwością latami maskowania zarówno pragnień, ale też zgryzot. Nie mógł pozwolić Morpheusowi tego zauważyć. On zawsze wyczuwał, zawsze wiedział, byłaby to jednak nitka, która doprowadziłaby ich do rozmowy o Eriku, a Anthony nie mógł do tego dopuścić.
I też z drugiej strony, nie chodziło o to żeby sam chciał ją mordować, mimo że przez moment, przez krótki momencik zastanowił się, nie... to nie było zastanawianie się, to był rozbłysk myśli, który pojawił się nieoczekiwanie, gdy przemierzali regały, w poszukiwaniu właściwego działu, czy może nie byłoby dobrym rozwiazaniem zapodzianie się, odprawienie Somni, poszukanie samemu i podsunięcie mu księgi możliwie niepomocnej. Graficzny opis konsumpcji jednego z kluczowych organów brzmiał nader... intrygująco. I to nawet nie byłyby jego ręce, nie musiałby nikogo prosić. Wystarczy podsunięcie złej książki... Aż poczuł lekką wibrację w dłoni, jak smok otulony białym kokonem zamruczał do niego głodny krwi.
– Jakże mi przykro – powiedział tak płasko, tak zobojętniale, możliwie arogancko, głównie po to by zamaskować własne cichutkie pragnienia serca, swojego smoczego, zazdrość o wiele, w tym o istotę, która być może, zgodnie z jasnowidzeniem, pozbawi życia młodą Yaxleyównę. Fantazja podpowiadała mu, że być może, trochę w niezgodzie z własną naturą, chciałby być na miejscu tego stworzenia.
Ostatecznie, pokusa nie była nawet interesująca, a myśl jak szybko pojawiła się tak zgasła, wraz z czubkiem różdżki trzymanej w dłoniach Shafiqa. Anthony wiedział, że takie pragnienia zbyt łatwo rodzą obsesje, a te z kolei dotkliwie przeszkadzają w życiu, w funkcjonowaniu. Już wystarczy, że jedna osoba zainfekowała mu myśli. Dwie, to byłby tłok.
Morpheus zatrzymał się pierwszy przy właściwym regale, Anthony w roztargnieniu cofnął się o krok.
– Tak, tak to tutaj, pomyślmy runy na skórze... To mi się kojarzy z jedną gocką sektą z IV wieku... Oddawali oni cześć Beskóremu, wycinali sobie rytualnymi nożami zamiast tatuaży znaki przynależności zdzierając całe... ale nie, tam chyba nie było run. Moment moment... Rzućmy na to odrobinę światła. – uśmiechnął się łagodnie, do książek, jak do starych przyjaciółek, które były o tyle prostsze w obsłudze od ludzi.
Chciałby zapytać kimże jest ta osoba, ale wiedział aż za dobrze. Przekleństwo wiedzy, przekleństwo potrzeby kontroli, które często o ironio przejmowało nad nim kontrolę. Wiedział kim jest Geraldine Yaxley, choć ona pewnie biegając po puszczach i lasach nie miała pojęcia kim jest on. I może gdyby tak na tym bieganiu i polowaniu się wszystko zatrzymywało...
Coś w nim drgnęło, jego ręce zacisnęły się mocniej na różdżce, nieświadomie pragnąc od razu zniszczyć to co odbierało mu kontrolę, świętą kontrolę. Najwyższą wartość, jaką udało mu się wywalczyć w swoim życiu. Jego serce na moment przyspieszyło, krew pulsowała w skroniach, choć starał się nad tym z oczywistych powodów zapanować. Nie był sam. Ale też wiedział, że jeśli pozwoli sobie na choćby jeden krok w stronę tego pragnienia, w stronę tych myśli, zbyt łatwo wpadnie w pułapkę, z której nie ma powrotu. Obsesja wyniszczała, obsesja sprawiała, że tracił ów kontrolę, nawet jeśli Geraldine Yaxley nie stała obok.
Przestrzeń na obsesję, miał już zarezerwowaną... Już teraz nie potrafił odlepić się od tęsknoty, od nieszczęścia związanego z utraconą szansą. Erik, ten, który nigdy naprawdę nie należał do niego, choć każda chwila przypominała Anthony’emu, jak bardzo chciałby go mieć tylko dla siebie. Geraldine... mimo więzi, która łączyła ją z młodszym Longbottomem, pozostawała nic nieznaczącą istota. Jego ból, jego zazdrość, jego uwaga... nie zasługiwała na nią. Musiał to zdusić, musiał odciąć się w sposób absolutny od szarpiących jego trzewiami emocji, ale szczęśliwie, przychodziło mu to z łatwością latami maskowania zarówno pragnień, ale też zgryzot. Nie mógł pozwolić Morpheusowi tego zauważyć. On zawsze wyczuwał, zawsze wiedział, byłaby to jednak nitka, która doprowadziłaby ich do rozmowy o Eriku, a Anthony nie mógł do tego dopuścić.
I też z drugiej strony, nie chodziło o to żeby sam chciał ją mordować, mimo że przez moment, przez krótki momencik zastanowił się, nie... to nie było zastanawianie się, to był rozbłysk myśli, który pojawił się nieoczekiwanie, gdy przemierzali regały, w poszukiwaniu właściwego działu, czy może nie byłoby dobrym rozwiazaniem zapodzianie się, odprawienie Somni, poszukanie samemu i podsunięcie mu księgi możliwie niepomocnej. Graficzny opis konsumpcji jednego z kluczowych organów brzmiał nader... intrygująco. I to nawet nie byłyby jego ręce, nie musiałby nikogo prosić. Wystarczy podsunięcie złej książki... Aż poczuł lekką wibrację w dłoni, jak smok otulony białym kokonem zamruczał do niego głodny krwi.
– Jakże mi przykro – powiedział tak płasko, tak zobojętniale, możliwie arogancko, głównie po to by zamaskować własne cichutkie pragnienia serca, swojego smoczego, zazdrość o wiele, w tym o istotę, która być może, zgodnie z jasnowidzeniem, pozbawi życia młodą Yaxleyównę. Fantazja podpowiadała mu, że być może, trochę w niezgodzie z własną naturą, chciałby być na miejscu tego stworzenia.
Ostatecznie, pokusa nie była nawet interesująca, a myśl jak szybko pojawiła się tak zgasła, wraz z czubkiem różdżki trzymanej w dłoniach Shafiqa. Anthony wiedział, że takie pragnienia zbyt łatwo rodzą obsesje, a te z kolei dotkliwie przeszkadzają w życiu, w funkcjonowaniu. Już wystarczy, że jedna osoba zainfekowała mu myśli. Dwie, to byłby tłok.
Morpheus zatrzymał się pierwszy przy właściwym regale, Anthony w roztargnieniu cofnął się o krok.
– Tak, tak to tutaj, pomyślmy runy na skórze... To mi się kojarzy z jedną gocką sektą z IV wieku... Oddawali oni cześć Beskóremu, wycinali sobie rytualnymi nożami zamiast tatuaży znaki przynależności zdzierając całe... ale nie, tam chyba nie było run. Moment moment... Rzućmy na to odrobinę światła. – uśmiechnął się łagodnie, do książek, jak do starych przyjaciółek, które były o tyle prostsze w obsłudze od ludzi.
Kształtowanie II na wykreowanie dobrego, lewitującego oświetlenia na czas poszukiwań
Rzut N 1d100 - 27
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Rzut N 1d100 - 71
Sukces!
Sukces!