24.05.2024, 22:25 ✶
Spojrzał na Victorię i naprawdę się obruszył. Zwykle jego gęba wyglądała jak standardowe I don't give a fuck, ale teraz wzrok miał poważny. Gdy kuzynka położyła dłoń na jego ramieniu, przykrył ją swoją ręką. Lekko mu brew drgnęła.
- W dupie to mam - oświadczył poważnie, tak poważnie jak nigdy. - Głupia jesteś, jeśli myślisz, że będę sobie po prostu patrolował Londyn i patrzył czy ktoś nie podpala śmietników, jeżeli z tobą jest... Nie do końca dobrze.
Ach, Aidan nie był najlepszy w tego typu rozmowach, nie był także idealnie subtelny, ale cholera jasna - naprawdę? Ona mówiła, że zamartwianie się nic nie zmieni? Przecież od tego zawsze się zaczynało: ktoś się martwił, a potem jak odzyskiwał rozum to zaczynał działać. Co za durna baba, a starsza niby, mądrzejsza i z lepszego rodu i bogatsza. Aidan pokręcił głową, mając nadzieję że słowa, które wypowiedziała, były tylko takim "wszystko jest ok, nie martw się", ale w rzeczywistości naprawdę nie miała gdzieś swojego stanu.
I pewnie by coś dodał dla otuchy, ale Lestrange mistrzowsko wybiła go z rytmu. Aidan zamrugał kilkukrotnie. Kisili ogórki...?
- Kurwa mać, Victoria, jak powiesz że przespałaś się z moim kumplem... Ach, KISILIŚCIE PRAWDZIWE OGÓRKI - na jego twarzy wymalował się perfidny, złośliwy uśmieszek. No bo kto normalny mówi o kiszeniu ogóra w cztery osoby? I jeszcze się tak tym chwali na prawo i lewo? Dobrze, że znał pociąg Staszka do tych warzyw, bo na początku naprawdę odebrał to zupełnie inaczej. - Dobra, bo zaczynasz odbijać piłeczki a się zmęczyłem. Chodź.
Uciął te złośliwostki, bo Victoria zaczynała wygrywać, a nie mógł do tego dopuścić. Chwycił ją za rękę i tylko odrobinę się wzdrygnął przez to piekielne zimno, które przeniknęło jego skórę. Ale nie dał po sobie poznać, że jest to jakkolwiek niekomfortowe bo mógł być chamem i prostakiem, ale akurat kobiety to traktował z szacunkiem. Poniekąd wynikało to z faktu, że jego ojciec kobiet NIE kochał, a poniekąd z faktu, że jedna taka razem z drugą pokazały mu swego czasu, że pięść potrafią mieć cięższą od faceta. I były, kurwa mać, zwinniejsze od niego. Więc po prostu zaczął płeć piękną doceniać, nic trudnego i nielogicznego. Dlatego też nie krzywił się, nie chcąc urazić Victorii, na której mu przecież po pierwsze zależało, a po drugie bał się, że ta lodowata łapa znajdzie się zaraz na jego karku czy tam z czystej złośliwości pod koszulką na nerach i będzie piszczał jak dziewczynka, bo akurat nie przepadał za zimnem pod ubraniem.
- Tak, skąd wiedziałaś? - odparł równie bezmyślnie i machinalnie, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. Pociągnął ją w głąb Alei Horyzontalnej, między kamieniczki, z przyjemnością przyjmując ten chłód, który pojawił się wraz z otoczeniem jego ramienia jej ręką. - Kurwa, Victoria... Co to jest okoń?
Na pytanie o tańcu nie odpowiedział, ale tylko wzruszył ramionami. Nie należał do tych mężczyzn, którzy posiadali coś takiego jak wstyd. Był pozerem, ubierał się niby niechlujnie ale w tym wszystkim był jakiś cel i nonszalancja, jakiś ustalony wcześniej schemat. Oczywiście że będzie tańczył i obracał Victorią (bez skojarzeń!) tak, jakby to miała być ich ostatnia noc w życiu. Chciał, żeby się rozerwała i na chwilę zapomniała o problemach, nie mógł więc jej zostawić na (hehe) lodzie.
No i poszli. Chciałoby się rzec że w stronę zachodzącego słońca, ale akurat to zachodziło po drugiej stronie. Jak zwykle wszystko na opak. Ale za to sceneria była całkiem... Zwyczajna. Minęli kilka knajpek, całkiem uroczych kawiarni, a nawet jeden stragan z prażonymi ziemniakami na patyku, które brało się na wynos. W międzyczasie Parkinson wyciągnął kolejnego papierosa, najpierw podsuwając paczkę Victorii, jeśli ta by chciała zapalić.
- Co do sukienki... No wygląda zajebiście, szkoda by było ją poplamić, ale będziesz chyba musiała ją podwinąć - nawiązał do ich rozmowy sprzed kilku minut, wskazując dłonią z zapalonym papierosem wejście do knajpy. Zaraz go wypuścił i zdeptał butem, znowu śmiecąc. Brygadzista na kurwa medal. Ale! Jak prawdziwy dżentelmen otworzył przed Victorią drzwi i wpuścił ją jako pierwszą do środka, uśmiechając się zupełnie niewinnie. Wnętrze było... Poprawne. Ot, zwykły pub, trochę przypominał Dziurawy Kocioł, ale ustawienie stołów było inne. No i było tutaj ciemniej, pomieszczenie główne rozświetlane było tylko żółtym światłem. Dość nikłym, kiepskim można by rzec. Ale dało się chodzić bez uderzenia goleniem o nóżkę stolika czy krzesła. Aidan jednak zdawał się nie zwracać uwagi na pomieszczenie, bo od razu ujął Victorię pod ramię i poprowadził ją za bar. Kiwnął tylko osobie, która za nim stała, i otworzył kolejne drzwi, skrywające następne pomieszczenie. Zaplecze.
- Gotowa? - mrugnął do niej zadziornie, a potem podszedł do jednej z lodówek. Wyciągnął różdżkę i stuknął w urządzenie. - Twoja stara.
Na dźwięk jego słów połączony z uderzeniem różdżką maszyna uchyliła się z cichym jęknięciem, a potem odsłoniła niewielki tunel ze schodami. Z końca tunelu, z głębi, widać było kolorowe światła i słychać było muzykę.
- W dupie to mam - oświadczył poważnie, tak poważnie jak nigdy. - Głupia jesteś, jeśli myślisz, że będę sobie po prostu patrolował Londyn i patrzył czy ktoś nie podpala śmietników, jeżeli z tobą jest... Nie do końca dobrze.
Ach, Aidan nie był najlepszy w tego typu rozmowach, nie był także idealnie subtelny, ale cholera jasna - naprawdę? Ona mówiła, że zamartwianie się nic nie zmieni? Przecież od tego zawsze się zaczynało: ktoś się martwił, a potem jak odzyskiwał rozum to zaczynał działać. Co za durna baba, a starsza niby, mądrzejsza i z lepszego rodu i bogatsza. Aidan pokręcił głową, mając nadzieję że słowa, które wypowiedziała, były tylko takim "wszystko jest ok, nie martw się", ale w rzeczywistości naprawdę nie miała gdzieś swojego stanu.
I pewnie by coś dodał dla otuchy, ale Lestrange mistrzowsko wybiła go z rytmu. Aidan zamrugał kilkukrotnie. Kisili ogórki...?
- Kurwa mać, Victoria, jak powiesz że przespałaś się z moim kumplem... Ach, KISILIŚCIE PRAWDZIWE OGÓRKI - na jego twarzy wymalował się perfidny, złośliwy uśmieszek. No bo kto normalny mówi o kiszeniu ogóra w cztery osoby? I jeszcze się tak tym chwali na prawo i lewo? Dobrze, że znał pociąg Staszka do tych warzyw, bo na początku naprawdę odebrał to zupełnie inaczej. - Dobra, bo zaczynasz odbijać piłeczki a się zmęczyłem. Chodź.
Uciął te złośliwostki, bo Victoria zaczynała wygrywać, a nie mógł do tego dopuścić. Chwycił ją za rękę i tylko odrobinę się wzdrygnął przez to piekielne zimno, które przeniknęło jego skórę. Ale nie dał po sobie poznać, że jest to jakkolwiek niekomfortowe bo mógł być chamem i prostakiem, ale akurat kobiety to traktował z szacunkiem. Poniekąd wynikało to z faktu, że jego ojciec kobiet NIE kochał, a poniekąd z faktu, że jedna taka razem z drugą pokazały mu swego czasu, że pięść potrafią mieć cięższą od faceta. I były, kurwa mać, zwinniejsze od niego. Więc po prostu zaczął płeć piękną doceniać, nic trudnego i nielogicznego. Dlatego też nie krzywił się, nie chcąc urazić Victorii, na której mu przecież po pierwsze zależało, a po drugie bał się, że ta lodowata łapa znajdzie się zaraz na jego karku czy tam z czystej złośliwości pod koszulką na nerach i będzie piszczał jak dziewczynka, bo akurat nie przepadał za zimnem pod ubraniem.
- Tak, skąd wiedziałaś? - odparł równie bezmyślnie i machinalnie, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. Pociągnął ją w głąb Alei Horyzontalnej, między kamieniczki, z przyjemnością przyjmując ten chłód, który pojawił się wraz z otoczeniem jego ramienia jej ręką. - Kurwa, Victoria... Co to jest okoń?
Na pytanie o tańcu nie odpowiedział, ale tylko wzruszył ramionami. Nie należał do tych mężczyzn, którzy posiadali coś takiego jak wstyd. Był pozerem, ubierał się niby niechlujnie ale w tym wszystkim był jakiś cel i nonszalancja, jakiś ustalony wcześniej schemat. Oczywiście że będzie tańczył i obracał Victorią (bez skojarzeń!) tak, jakby to miała być ich ostatnia noc w życiu. Chciał, żeby się rozerwała i na chwilę zapomniała o problemach, nie mógł więc jej zostawić na (hehe) lodzie.
No i poszli. Chciałoby się rzec że w stronę zachodzącego słońca, ale akurat to zachodziło po drugiej stronie. Jak zwykle wszystko na opak. Ale za to sceneria była całkiem... Zwyczajna. Minęli kilka knajpek, całkiem uroczych kawiarni, a nawet jeden stragan z prażonymi ziemniakami na patyku, które brało się na wynos. W międzyczasie Parkinson wyciągnął kolejnego papierosa, najpierw podsuwając paczkę Victorii, jeśli ta by chciała zapalić.
- Co do sukienki... No wygląda zajebiście, szkoda by było ją poplamić, ale będziesz chyba musiała ją podwinąć - nawiązał do ich rozmowy sprzed kilku minut, wskazując dłonią z zapalonym papierosem wejście do knajpy. Zaraz go wypuścił i zdeptał butem, znowu śmiecąc. Brygadzista na kurwa medal. Ale! Jak prawdziwy dżentelmen otworzył przed Victorią drzwi i wpuścił ją jako pierwszą do środka, uśmiechając się zupełnie niewinnie. Wnętrze było... Poprawne. Ot, zwykły pub, trochę przypominał Dziurawy Kocioł, ale ustawienie stołów było inne. No i było tutaj ciemniej, pomieszczenie główne rozświetlane było tylko żółtym światłem. Dość nikłym, kiepskim można by rzec. Ale dało się chodzić bez uderzenia goleniem o nóżkę stolika czy krzesła. Aidan jednak zdawał się nie zwracać uwagi na pomieszczenie, bo od razu ujął Victorię pod ramię i poprowadził ją za bar. Kiwnął tylko osobie, która za nim stała, i otworzył kolejne drzwi, skrywające następne pomieszczenie. Zaplecze.
- Gotowa? - mrugnął do niej zadziornie, a potem podszedł do jednej z lodówek. Wyciągnął różdżkę i stuknął w urządzenie. - Twoja stara.
Na dźwięk jego słów połączony z uderzeniem różdżką maszyna uchyliła się z cichym jęknięciem, a potem odsłoniła niewielki tunel ze schodami. Z końca tunelu, z głębi, widać było kolorowe światła i słychać było muzykę.