kieruję się do -> Południowe stragany, Château des Dragons
Uśmiechnął się do Alastora i skinął mu głową, z którym w ostatnim czasie jakoś nie było okazji się złapać. Nic dziwnego - świat gonił do przodu, a praca wcale na człowieka nie czekała. Przywitał się również uśmiechem z Lyssą, odpowiadając na tę ulotną mimikę, którą ze sobą przyniosła. Nie robił tutaj zatoru przy samym koszyku z kociakami widząc, że (na całe szczęście) jest wiele osób, które chcą się nimi zająć.
- Nie śpiewam, na szczęście, najgorzej... - Odpowiedział Norze. Śmiech zatańczył na jego wargach, kiedy już teraz miał pewność, że ta śliczna i biedna kotka dołączy do jego niemałego zwierzyńca. Nie miał wątpliwości, że Duma ją zaakceptuje - wychowywany był ze zwierzętami wszelakimi. Co innego czy ona sobie poradzi z Dumą? To jest - poradzi, tylko wszystko to było kwestią czasu. Będą pięknie razem wyglądali, tak jak kotka będzie przepięknie wyglądała wyłożona na siedzisku na tarasie. Zawsze wolał psy od kotów, bez żadnych wątpliwości, ale to wcale nie oznaczało, że kotów nie uwielbiał - jak chyba wszystkie istoty. A im były piękniejsze, tym bardziej potrafił się nimi zachwycać. - Chyba się dogadamy, co, Divo? - Imię godne tego kota. Zabawne, jak na samym początku już odhaczył punkty porozumienia z kotem. Cholera - z kotem. Wrzucił sporo galeonów na rzecz ochrony kotów. Były takie rzeczy, na które pieniędzy potrafiło mu nie być żal.
Teraz już zdziwienia nie powstrzymał, kiedy Erik zamiast mówić o swoich włosach to mówił o ubiorze. Chwilka, ale jednak, bo zaraz przywołał się do porządku.
- Miałem na myśli włosy, Eriku. Pasuje ci do oczu... - Obdarzył go uśmiechem. Ładnemu we wszystkim ładnie, jak to mówią, ale Erik naprawdę, naprawdę nie wyglądał najlepiej w tej bieli. Postarzała go za bardzo. Przynajmniej w opinii Prewetta.
Trzymając kota w ramionach rozpromienił się widząc The Edge na horyzoncie. Ukradł trochę promieni temu zadowolonemu słońcu i splótł z nich łańcuszek na własnej szyi, albo powplatał je między te malutkie ogniwa tego, który na jego klatkę piersiową opadał. Nawet zrobił prawie krok w jego stronę, chcąc zapytać (bo kogo jak nie jego?) czy znajdzie się tam dla niego miejsce, żeby spróbował swoich sił w śpiewaniu. Kroku jednak nie zrobił. I tak szybko, jak szybko podkradł zazdrośnie te promyki, tak szybko je stracił. Rozplotły się, cofnęły, wygasły. Wygasnął bardziej i on sam. No tak. Pozostawiało to jakiś niesmak. Przypomnienie, że słońce nie świeci już tak samo - nie od czasu Beltane. Przesunął wzrokiem od Nory do niego - jakoś nie dziwiło go, że osoba uwielbiająca słodycze zna cukiernika takiego jak Nora. Ich poznanie było znacznie ciekawsze i bardziej zawiłe niż słodycze, ale, och, cóż... Spojrzał na tę śliczną kicię w swoich ramionach, kiedy Flynn pośpiesznie się ulotnił, a która mrużyła do niego oczy z uwielbieniem - albo z uwielbieniem do błyskotek, które nosił - i poprawił ją na rękach. Nawet on. Nie powinien się niczego innego spodziewać, to były w końcu normy i to właśnie z nich pleciono codzienność. Nie z ciepłego złota, które umilało rzeczywistość i kupowało bilet do Nieba, ale nie kupowało szczęścia. Jakoś przez to nawet wyleciało mu z głowy zapytanie Nory, czy udało jej się wyjechać na wczasy.
Podszedł teraz bezpośrednio do stoiska Nory. Wszystko śliczne i na pewno przepyszne - Laurent nie przepadał za słodyczami. Mimo to piekł tamtą szarlotkę z Elaine i regularnie trzymał ciasto u siebie dla gości. Ostatnio nosił przy sobie nawet czekoladki jakiś czas. Tak i tym razem poprosił o jakieś ładnie zapakowane pralinki, zapłacił Norze i zostawił towarzystwo, uśmiechając ulotnie na pożegnanie.
Château des Dragons przyciągnęło jego spojrzenie nie tym, że oferowało wino. Przyciągnęło jego spojrzenie tym smokiem. Tymi łuskami, które go niemal zahipnotyzowały. Zatrzymał się więc przed tym drewnianym domkiem, przyglądając świecidełku, które bardzo skutecznie odciągało uwagę od własnego, niepoukładanego świata. Diva, która siedziała na jego rękach, gapiła się razem z nim - równie zahipnotyzowana.