Przystanął i obrócił się, kiedy Victoria za nim zawołała. Koszyk. Ach, tak, oczywiście, że koszyk to był dobry pomysł - Laurent zamierzał wrócić do Nory i na chwilę tam Divę zostawić, żeby nie nosić jej ze sobą i nie stresować, ale jakoś za dobrze przytulało się tę piękność, kiedy mruczała ci mimo szumu ludzi i gwaru rozmów. Jej głos dotarł do niego i przebił się przez fałdy zamyślenia, albo odcinania się - zależnie od tego, jak kto wolał to określić. Jeszcze słońce świeciło, żeby coś powstrzymywało noc. Gonić go szczególnie nie musiała, bo i Laurent nie stawiał długich kroków i niespecjalnie się śpieszył. Do występów, które miały być gwoździem tego programu, jeszcze trochę zostało. Trochę tych promieni słońca przeciskających się pomiędzy budynkami. Ostatnie kroki więc pokonali do winiarni razem - chociaż Merlin świadkiem, że ze strony blondyna były to kroki całkowicie przypadkowe.
Shafiq zawsze miał rozmach. Miał też styl, klasę, którą Laurent chwaliłby o wiele bardziej, gdyby tylko miał okazję jej więcej zakosztować. Tak się jakoś nieszczęśliwie (albo celowo) złożyło, że z panem Anthonym Shafiqiem nigdy nie było im po drodze, nawet jeśli te drogi potrafiły się splatać na podobnych przyjęciach. Podobnych, ale nigdy tych jego. Pieklił się o to kiedyś strasznie, z zazdrością patrzył na siostrę, która na pewno zaproszenie dostała, bo przecież była kimś więcej w tej rodzinie albo na ojca, który abraksany jak abraksany, ale kasyna..! Kiedyś. Teraz dawał się mamić perłowym łuskom i dopiero po chwili, kiedy kot w jego rękach syknął, opuścił spojrzenie na czarnowłosą piękność równie zahipnotyzowaną - tylko niekoniecznie perłami. Nie było nawet nawiązanych spojrzeń, żadnego zapytania o obsługę klienta, ale nie miał i tego za złe - nie podszedł na tyle blisko, żeby uznać się za klienta, którym warto sobie zawracać głowę, nie był przy samym stoisku, nie blokował nikomu przejścia. Być może teraz zamiast na łuski to spoglądałby na nią, pozwalając swoim myślom dryfować i stawiać pytania, które nie znajdą odpowiedzi. Które nawet nie ciekawiły na tyle mocno, żeby motywować do ich szukania.
Być może ten zastój i milczenie miałyby miejsce, gdyby nie to, że Anthony Shafiq wyłonił się przed nim i Victorią jak dżinn z lampy. Szkoda tylko, że nie miał mocy spełniania życzeń.
- Wino czy towarzystwo? - Odparł pytaniem na jego zapowiedź, że dziś tylko słodkie. Miał na to sporo lepszych zakończeń - na to zdanie - ale żadne nie nadawało się do powiedzenia osobie obcej na tym jakże niewinnym Lammas.