25.05.2024, 10:06 ✶
Noc nabrzmiewała ciężką wonią ciszy, przetkaną szelestem przekładanych stron. Anthony, sprowadzony do roli tłumacza sprawdzał się wybornie. Jak za dawnych dobrych czasów bycia stażystą, ale też wcześniej za czasów szkolnych, jak przekomarzał się z Somnią, punktując mu, że jako fascynat starożytności powinien znać co najmniej grekę i łacinę.
Mam Ciebie
Ta rozmowa odbywała się niemi tak wiele razy, że nie musieli nawet przechodzić tą drogą, wystarczyło spojrzenie, brew umieszczona w odpowiednim miejscu, w opozycji do drwiącego kącika ust i cichego westchnienia. Jak konstelacja, którą rozpoznaje się od razu, gdy wkracza na nocne lub letnie niebo. Nie musieli już używać słów, jedno spojrzenie wystarczyło by wiedzieć, że na nieboskłon powrócił Wężownik ze swoim pupilem, a kawałek dalej swój czar roztacza Łabędź.
Anthony mógłby też mu powiedzieć, jak lubi takie nocne niespodzianki i że komuś w Londynie częściej mógłby zagrażać mężczyzna z logiczną układanką na plecach. Cierpliwie tłumaczył i obserwował rozdrażnienie przyjaciela, to jak miotał się, jak nadużywał daru by skrócić sobie drogę. W Ravenclaw mieli opracowany cały system pomagający uczniom bezproblemowo przejść przez zestarzały sylabus i zajmować się tym, co ich prawdziwie interesowało. Ale gdy w końcu natrafiło się na wyzwanie...
– Dobrze, że wróciłeś. – powiedział do jego pleców, gdy sarkał wściekle nad kolejną księgą, która w wizji okazała się ścierwem. To było miłe myśleć, że w umyśle Morpheusa oni spędzają jeszcze więcej czasu. Sycił się tym, nawet jeśli był tylko narzędziem w jego rękach. W końcu jego językiem miłości była, wbrew wszelkim oczekiwaniom, gesty i czyny. I okazjonalne prezenty, choć te niewątpliwie zbyt łatwo sypały się z przepastnego rękawa wujka Tonego, którego podopieczni objęci uprzejmym, sennie zaangażowanym patronażem dorastali rozsiani po całym świecie. Na stole po pierwszej godzinie pojawiła się czarna, świeżo parzona kawa i słodkie, kruche ciasteczka.
Gdy w końcu dobrnęli do brzegu niemal świtło.
– Ha! Mówiłem że puzzle! –wykrzyknął zadowolony zapoznając się z księgą, tłumiąc żal za tym, że oznaczało to schyłek ich nocnej eskapady. W kilku słowach przybliżył Morpheusowi sprawę, możliwie prosto, choć zaznaczał sobie fragmenty, które zdały się Longbottomowi kluczowe i wymagające wejście w detal. –... i gdyby tylko ormianie uznawali za zasadne dodawanie obrazków dla dzieci okazałoby się, że ta pozycja, którą wybrałem na samym początku udzieliłaby nam bardzo podobnych odpowiedzi. – Parsknął rozbawiony, kontent z tego, że umysł przeżarty polityką jeszcze tak nie zaśniedział. – A więc reasumując, bełkot na plecach jest niekompletny, ponieważ podczas ucieczki z naczynia na którym, jak mówiłem, była ta pieczęć, część z jej elementów została na miejscu. Koniecznie trzeba znaleźć miejsce uwolnienia istoty, aby móc odtworzyć pieczęć. Myślę że... – sięgnął po swoje lazurowe pióro o srebrzystej stalówce i kawałek czystego pergaminu, którego nie było tak wiele przy niewielkim okrągłym stoliczku, który na czas badań stał się ich bazą.
– Viorica Zamfir zajmuje się pieczęciami w stopniu wystarczająco zaawansowanym, by pomóc w tej sprawie. Nie wiem, czy robiła to z demonami, ale z pewnością dysponuje wiedzą jak odtworzyć zabezpieczenie i umiejętnościami by je na rozłożonej skórze odtworzyć. Cechuje ją też dyskrecja, jeśli potrzebowałbyś... Cóż, to jej zawdzięczasz swój prezent urodzinowy, ale jest kobietą wielu talentów.– Uśmiechnął się, podając zapisany zamaszyście bilecik Morpheusowi. – Demon w Londynie, kto by przypuszczał. Czy podrzuciłbyś mi jego rysopis? Chciałbym uprzedzić ciotki, o kliencie, którego nie będą chciały obsługiwać. – zaczął się pakować. Czy chciał, żeby Morpheus wychodził? Nie. Czy zamierzał mu proponować wspólne śniadanie? Bynajmniej. Zdecydowanie łatwiej było radzić sobie z odmową, gdy propozycja nigdy nie zaistniała.
Wziął obie książki, hiszpańską i ormiańską i uśmiechnął się łagodnie, choć z dystansem, chłodem pomagającym mu radzić sobie w takich sytuacjach.
– Jako zatroskany obywatel zlecę tłumaczenia tych ksiąg i odeślę je do Twojego Departamentu, żeby w podobnych przypadkach ministerialni funkcjonariusze mieli tę wiedzę pod ręką. Życzę Ci udanych łowów Morpheusie. I może odrobiny snu we własnych objęciach.
Mam Ciebie
Ta rozmowa odbywała się niemi tak wiele razy, że nie musieli nawet przechodzić tą drogą, wystarczyło spojrzenie, brew umieszczona w odpowiednim miejscu, w opozycji do drwiącego kącika ust i cichego westchnienia. Jak konstelacja, którą rozpoznaje się od razu, gdy wkracza na nocne lub letnie niebo. Nie musieli już używać słów, jedno spojrzenie wystarczyło by wiedzieć, że na nieboskłon powrócił Wężownik ze swoim pupilem, a kawałek dalej swój czar roztacza Łabędź.
Anthony mógłby też mu powiedzieć, jak lubi takie nocne niespodzianki i że komuś w Londynie częściej mógłby zagrażać mężczyzna z logiczną układanką na plecach. Cierpliwie tłumaczył i obserwował rozdrażnienie przyjaciela, to jak miotał się, jak nadużywał daru by skrócić sobie drogę. W Ravenclaw mieli opracowany cały system pomagający uczniom bezproblemowo przejść przez zestarzały sylabus i zajmować się tym, co ich prawdziwie interesowało. Ale gdy w końcu natrafiło się na wyzwanie...
– Dobrze, że wróciłeś. – powiedział do jego pleców, gdy sarkał wściekle nad kolejną księgą, która w wizji okazała się ścierwem. To było miłe myśleć, że w umyśle Morpheusa oni spędzają jeszcze więcej czasu. Sycił się tym, nawet jeśli był tylko narzędziem w jego rękach. W końcu jego językiem miłości była, wbrew wszelkim oczekiwaniom, gesty i czyny. I okazjonalne prezenty, choć te niewątpliwie zbyt łatwo sypały się z przepastnego rękawa wujka Tonego, którego podopieczni objęci uprzejmym, sennie zaangażowanym patronażem dorastali rozsiani po całym świecie. Na stole po pierwszej godzinie pojawiła się czarna, świeżo parzona kawa i słodkie, kruche ciasteczka.
Gdy w końcu dobrnęli do brzegu niemal świtło.
– Ha! Mówiłem że puzzle! –wykrzyknął zadowolony zapoznając się z księgą, tłumiąc żal za tym, że oznaczało to schyłek ich nocnej eskapady. W kilku słowach przybliżył Morpheusowi sprawę, możliwie prosto, choć zaznaczał sobie fragmenty, które zdały się Longbottomowi kluczowe i wymagające wejście w detal. –... i gdyby tylko ormianie uznawali za zasadne dodawanie obrazków dla dzieci okazałoby się, że ta pozycja, którą wybrałem na samym początku udzieliłaby nam bardzo podobnych odpowiedzi. – Parsknął rozbawiony, kontent z tego, że umysł przeżarty polityką jeszcze tak nie zaśniedział. – A więc reasumując, bełkot na plecach jest niekompletny, ponieważ podczas ucieczki z naczynia na którym, jak mówiłem, była ta pieczęć, część z jej elementów została na miejscu. Koniecznie trzeba znaleźć miejsce uwolnienia istoty, aby móc odtworzyć pieczęć. Myślę że... – sięgnął po swoje lazurowe pióro o srebrzystej stalówce i kawałek czystego pergaminu, którego nie było tak wiele przy niewielkim okrągłym stoliczku, który na czas badań stał się ich bazą.
– Viorica Zamfir zajmuje się pieczęciami w stopniu wystarczająco zaawansowanym, by pomóc w tej sprawie. Nie wiem, czy robiła to z demonami, ale z pewnością dysponuje wiedzą jak odtworzyć zabezpieczenie i umiejętnościami by je na rozłożonej skórze odtworzyć. Cechuje ją też dyskrecja, jeśli potrzebowałbyś... Cóż, to jej zawdzięczasz swój prezent urodzinowy, ale jest kobietą wielu talentów.– Uśmiechnął się, podając zapisany zamaszyście bilecik Morpheusowi. – Demon w Londynie, kto by przypuszczał. Czy podrzuciłbyś mi jego rysopis? Chciałbym uprzedzić ciotki, o kliencie, którego nie będą chciały obsługiwać. – zaczął się pakować. Czy chciał, żeby Morpheus wychodził? Nie. Czy zamierzał mu proponować wspólne śniadanie? Bynajmniej. Zdecydowanie łatwiej było radzić sobie z odmową, gdy propozycja nigdy nie zaistniała.
Wziął obie książki, hiszpańską i ormiańską i uśmiechnął się łagodnie, choć z dystansem, chłodem pomagającym mu radzić sobie w takich sytuacjach.
– Jako zatroskany obywatel zlecę tłumaczenia tych ksiąg i odeślę je do Twojego Departamentu, żeby w podobnych przypadkach ministerialni funkcjonariusze mieli tę wiedzę pod ręką. Życzę Ci udanych łowów Morpheusie. I może odrobiny snu we własnych objęciach.
Koniec sesji