Na tym polu były z Brenną równie wielkimi ignorantkami, bo i Victoria miała mgliste pojęcie o statkach. Nigdy jakoś jej wystarczająco nie zaciekawiły, nie zainteresowała się odpowiednio tematem – ot… wiedziała tylko, że różnią się rozmiarem, ale które było łodzią, które już jachtem, a które statkiem? Dla niej to wszystko to było statek: albo mały, albo większy… A no i były jeszcze promy – to te największe. Taak. Za to zainteresowała się samą logistyczną częścią tej… nazwijmy to wycieczką. Skąd dokąd się teleportować, skąd dokąd świstokliki, skąd dokąd płynąć. Rozrysowała sobie nawet wszystko na kartce, zapisała wszystko co i jak. Dokładnie też poinformowała Sauriela, który ostatnimi czasy bywał u niej często, bo pilnował jej kota… no teraz to już dwa koty. Ale poinformowała też swoich rodziców, bo to jednak nie była jakaś tam wycieczka krajoznawcza, tylko faktycznie wyruszała aż do Afryki, żeby poszukać czegokolwiek w związku ze swoją dolegliwością. No i oczywiście wiedzieli w pracy: a na pewno wiedziała Harper i wiedział Cain, bo jednak dużo wcześniej zgłosiła wniosek o wolne i podała w nim powód, chcąc mieć pewność, że go na pewno dostanie. Laurent też wiedział, chociaż nie przedstawiła mu całego planu wycieczki.
Do niedawna statki i pływanie było jej całkowicie obojętne, ale w tym roku jakoś miała do tego szczególnego pecha i wizja płynięcia gdzieś statkiem nie wydawała się już tak ekscytująca… Najpierw pechowa Perła Morza, później płynięcie łódką po jeziorze Windermere… Obie te sytuacje nie skończyły się dobrze, chociaż ewidentnie żyła i mogła teraz pospacerować po statku, który niósł ich pomiędzy Europą a Afryką, możliwie jak najkrótszą trasą, by już na miejscu skorzystać z kolejnego świstoklika.
Teraz zaś, porankiem, spacerowała sobie po statku i musiała się minąć z Brenną, bo przez jakiś czas stała na pokładzie i oglądała… przestrzeń, odpływając gdzieś myślami. W końcu jej się to znudziło, pomyślała też, że coś podejrzanie długo nie widziała nigdzie Brenny, która od czasu do czasu kojarzyła jej się z piłeczką kauczukową, która nie mogła ustać w miejscu, bo jak raz nią rzucisz, to zaczyna się obijać o wszystko dookoła i lecieć jeszcze dalej. W końcu i ją zaczęła szukać – a raczej rozejrzała się po pokładzie, nigdzie jej nie zobaczyła i po prostu poszła w kierunku kajuty, która była im przydzielona…
I spotkała ją gdzieś w połowie drogi, stała przy losowej kabinie i machała do niej z daleka.
– Co to za konspiracja? – wypaliła na początku, kompletnie nieprzygotowana na to, co nadejdzie za chwilę, gdy już stanęła przed Brenną, a kiedy przyjaciółka powiedziała te słowa, to aż jej brwi podleciały tak wysoko na czoło, że gdyby nosiła krótką grzywkę, to by się pod nią schowały. – Że co? – rzuciła i zamrugała, po czym wychyliła się zza ramienia Brenny, jakby to miało w czymś pomóc. I jej się to wydało całkowicie nierealne, nawet do głowy jej nie przyszło, żeby pomyśleć, że Brenna zobojętniała. Po prostu… Po prostu w głowie jej się to nie mieściło. – Ale jak to. Gdzie. Dlaczego – to nawet nie brzmiało jak pytania, tylko raczej jak zarzuty – nie do Brenny, tylko do świata.